strona główna arrow portrety arrow Świeczka czy ogarek?

Bardzo popularna jako pierwsza w Polsce kobieta-premier. Mimo sukcesów (głównie medialnych) odniesionych za granicą, w koalicyjnym rządzie Jerzego Buzka od początku była postacią budzącą bodaj największe kontrowersje. I miała przeciw sobie generalnie te same media, które kilka lat wcześniej skutecznie ją wylansowały... Dziś wobec kandydatury Hanny Suchockiej na ambasadora RP przy Stolicy Apostolskiej dystansuje się nawet rodzinna Wielkopolska.

Świeczka czy ogarek?

„Nie rozumiem, dlaczego ta pani robi taką karierę? Przecież nie sprawdziła się na żadnym stanowisku we własnym kraju”. Czy taka opinia to tylko wyraz czyjejś jednostkowej niechęci, czy też Hanna Suchocka zasłużyła na gorzkie słowa, jakie skierował pod jej adresem cytowany wyżej Jan Sz. z Ostrzeszowa, pisząc: „Wielu jeszcze bardzo długo nie zapomni jej krzywdzących dla nas posunięć i decyzji” (Głos Wielkopolski, 16/17 czerwca br.). Być może pobrzmiewa w tych słowach żal za utraconym podczas rządów Suchockiej dodatkiem branżowym do emerytury lub renty rodzinnej. Warto przecież pamiętać, że prof. Janusz Czapiński, telewizyjny specjalista od psychologii społecznej, nazwał panią premier „okrutną samarytanką”, zastrzegając przy tym, że kierowany przez nią gabinet wprawdzie „nie zwolnił tempa reform, ale przecież nie dał nikomu umrzeć z głodu”.

Jest faktem, że sympatia społeczna dla Suchockiej, sięgająca blisko 60 proc., biła na głowę notowania jej rządu. Można tłumaczyć to swoistą „rentą feministyczną” (pierwsza w historii naszej państwowości kobieta-premier), co wystawiałoby raczej kiepskie świadectwo społeczeństwu, jako skłonnemu do myślenia w kategoriach przedpolitycznych, a może już wręcz postdemokratycznych. Ale możliwa jest też całkiem inna interpretacja, w rodzaju „dobry car – źli ministrowie”, tym razem stawiająca w niezbyt korzystnym świetle szefa rządu. Znaczyłoby to bowiem, że w powszechnym przeświadczeniu pani premier pełniła funkcję czysto dekoracyjną, a o polityce rządu decydowali głównie jej krakowscy przyjaciele: „Jasiu” (Rokita) i „Tadziu” (Syryjczyk).

Portret mocno wirtualny

Na bieżąco rzucało się w oczy pewne natręctwo, a może przesadna skwapliwość mediów w lansowaniu praktycznie nieznanej wcześniej postaci. Wielkopolanka z Pleszewa, katoliczka, potomkini patriotycznego rodu farmaceutów, urodzona 3 kwietnia 1946, astrologiczny Baran. Apteka „Pod Orłem”. Dziadek nie tylko wykładał botanikę farmakologiczną na Uniwersytecie w Poznaniu, ale i założył chór „Lutnia”. Z kolei babka, Anna z Czajkowskich Suchocka była posłem na Sejm i ministrem ds. kobiet w rządzie Ignacego Jana Paderewskiego. W ogóle kobiety z tej rodziny były odznaczane papieskim orderem „Pro ecclesia et pontifice”... Po kilku latach widzi się przede wszystkim mający zapewne zapewnić pani premier ludzką przychylność infantylizm tych prasowych portretów: Suchocka ma w swym poznańskim mieszkaniu trochę starych sreber, porcelany, psa Żulika i uwielbia zieloną sałatę. A w dodatku jest niezmiernie pracowita.

Projektant mody Antkowiak twierdził, że pani Hanna ma „znakomitą sylwetkę”, natomiast artysta Starowieyski przyznał, że na nim „robi wrażenie kobiety luksusowej”. „Ma opinię ładnej, a przy tym najelegantszej i najlepiej ubranej posłanki” – zadekretowała Gazeta Wyborcza. Wkrótce media definitywnie odkryły źródła tej elegancji: młodsza o trzy lata siostra pani premier wyszukuje dla niej w „Modenie” odrzuty z eksportu. Tu trzeba oddać sprawiedliwość cytowanemu już prof. Czapińskiemu, który jako jeden z nielicznych szczerze napisał, że nie przepada „za jej delikatnym seplenieniem, pewną dozą pretensjonalności, brakiem gustu i wielkopolską przyziemną rzeczowością”.

Co uruchomiło taką skoordynowaną kampanię przypisywania Suchockiej cech, których jako żywo nie posiadała? I co jeszcze ewentualnie krajowe środki przekazu chciały zasugerować elektoratowi, niestrudzenie urabiając pleszewiance opinię wojującej katoliczki o prawicowych poglądach, radykalnie prosolidarnościowej i stronniczo prokościelnej. Media lewicowe, z Trybuną na czele, kreując wizerunek antyaborcyjnej fundamentalistki, straszyły Suchocką elektorat przyzwalającej Jolanty Banach czy antyklerykalnej Izabelli Sierakowskiej. Z kolei, te sympatyzujące z Unią Wolności chciały w pannie S. widzieć znaną na forum międzynarodowym specjalistkę w zakresie prawa konstytucyjnego, z temperamentem bezinteresownego i niezłomnego propaństwowca.

Niezłomna jako premier...

Suchocka była premierem niewiele ponad rok, ale był to rok bardzo burzliwy. Utworzony z inspiracji i poręki NSZZ Solidarność rząd utracił poparcie w Sejmie po wniosku złożonym przez związkowca Alojzego Pietrzyka, a na wyniku głosowania nad wotum nieufności zaciążyła postawa dwojga posłów... z Krakowa: dr Bogumiły Boby oraz mec. Zbigniewa Dyki, ówczesnego ministra sprawiedliwości. Historia zatoczyła koło. Poznańska konstytucjonalistka wróciła do swych licznych obowiązków zagranicznych. Debaty nad przyszłością ONZ, uczestnictwo w pracach Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy to była jej nowa codzienność. Została też wybrana do dziesięcioosobowej Rady Papieskiej Akademii Nauk Społecznych w Watykanie.

Zdecydowana postawa Suchockiej w obronie życia nie narodzonych, ale też błyskawiczne, ośmiotygodniowe negocjacje zakończone parafowaniem umowy konkordatowej z Państwem Watykańskim pozwalają zrozumieć zaufanie, jakim pani premier została obdarzona przez kręgi kościelne. Wzbudziło to wściekłość lewicy, która przestała zachowywać pozory formacji cywilizowanej w kwestiach światopoglądowych. A przecież parafowanie umowy w niczym nie umniejszało decydującej roli przyszłego parlamentu przy ratyfikacji konkordatu.

Szlify zdobyte zagranicą uczyniły z Suchockiej kobietę elegancką, tak że po powrocie do czynnej polityki w kraju nie przypominała już wcale „cioci Pelasi” z początku lat 90., a mimo to media zupełnie straciły do niej serce. Trwało przecież śledztwo w sprawie udziału państwowych służb specjalnych w inwigilacji i rozbijaniu prawicy niepodległościowej za czasów jej premierowania, opinia publiczna była wzburzona...Czy w tej sytuacji posłanka Unii Wolności powinna była przyjąć urząd ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego? Nawet – horrendum! – Adam Michnik publicznie jej to odradzał, ale państwowotwórczo nastawiona pleszewianka nie zawahała się.

Podpadała raz po raz. Wprawdzie opóźniła o kilka miesięcy wejście w życie nowych, „liberalistycznych” kodeksów: karnego, postępowania karnego i karnego wykonawczego, radosnej twórczości legislacyjnej z czasów koalicji SLD-PSL, ale na przekór populistycznym oszołomom broniła tych kodyfikacji, widząc w nich „ucywilizowanie polskiego prawa karnego”. Zaangażowała się, choć nie tak energicznie jak wiceszef resortu Leszek Piotrowski, w powołanie sądu lustracyjnego, co mogło być pewnym zaskoczeniem np. dla Danuty Waniek, która pamiętała jeszcze inną, „wrażliwą” Suchocką, która w czasie głosowania nad uchwałą lustracyjną maju 1992 „aż się pobeczała” i wybiegła z sali obrad na korytarz... Gdy po latach zwalniała ze stanowisk prokuratorów i sędziów, którzy w oświadczeniach lustracyjnych przyznali się do współpracy ze służbami specjalnymi PRL, lewica zarzucała jej nadinterpretację prawa. Ale gdy odwołała prokuratora Andrzeja Jóźwiaka, szefa wydziału do zwalczania przestępczości zorganizowanej w Poznaniu, który bardzo energicznie prowadził śledztwo w sprawie tygodnika „Wprost”, lub odwołała prokuratora Wiesława Nocunia, nadzorującego śledztwo przeciwko podejrzanemu o korupcję Janowi Pamule, wiceszefowi krakowskiej Unii Wolności, a sprawę Pamuły przekazała prokuraturze w Katowicach – to nawet Roman Graczyk przyznał na łamach Gazety Wyborczej: „Wydaje się, że w tym wypadku można mówić o zastosowaniu kryteriów politycznych”.

...czy tendencyjna jako minister?

Niełatwo jednak wskazać precyzyjny wektor politycznych i światopoglądowych zaangażowań minister Suchockiej. Lewicowi publicyści nieustannie oskarżają ją o stronniczość, choć niekiedy robią to w lepszym stylu niż (jeszcze za czasów Rolickiego) Jan Gadomski na łamach Trybuny: „Panna Suchocka była fatalnym premierem, jest złym ministrem. Była za to i jest wiernym sługą Watykanu w walce z lewicą i bezbożnictwem”. Ale to mieści się w poetyce Trybuny, która kiedyś nawet króciutki biogram Suchockiej potrafiła zakończyć słowami: „Panna, bezdzietna”, dając tym samym wyraz bliskim sobie „wartościom”.

A przecież SLD, a zwłaszcza poseł-skandalista Piotr Gadzinowski, mają powody do wdzięczności. Gdyby nie Suchocka, która nie wystąpiła z wnioskiem o uchylenie jego immunitetu, na figlarnym zastępcy redaktora naczelnego Nie ciążyłby dziś wyrok skazujący. W maju 1997 Gadzinowski, wraz z dwiema pomocnicami, ubrał w majtki... pomnik białostockiej Solidarności. To, co współpracownikom Urbana wydało się zabawnym happeningiem, sąd w Białymstoku zakwalifikował jednak jako „znieważenie pomnika” – jego elementem są trzy krzyże, głaz stanowiący korpus pochodzi z pola we wsi Okopy, miejsca urodzin ks. Jerzego Popiełuszki, a wydarzenie miało miejsce na przykościelnym placu – i ukarało obie kobiety grzywnami w wysokości 2 tys. złotych. Wyrok zapadł dopiero niedawno, jest zapowiedź apelacji, ale zarzut wobec Gadzinowskiego o podżeganie do tego czynu leży nadal w białostockiej prokuraturze. A w kwietniu 1998 swą odmowną decyzję pani prokurator generalna uzasadniała „względami pragmatycznymi” (sic!), a także obawą, że „ewentualny proces karny mógłby być wykorzystany (...) do realizacji doraźnych celów politycznych i przyniósłby zapewne więcej korzyści posłowi Gadzinowskiemu niż samej sprawie”. Mądremu dość!

U progu lat 90. wielkopolan ucieszył niespodziewany awans polityczny rodaczki z Pleszewa. Dziś wiadomość o kandydaturze Suchockiej na ambasadora RP w Watykanie budzi już rozmaite zastrzeżenia. Formalny protest przeciwko takiej nominacji do premiera Jerzego Buzka i Józefa kardynała Glempa, Prymasa Polski, wystosował np. wielkopolski okręg Ruchu Odbudowy Polski. Wśród różnych zastrzeżeń podnoszone są m. in. zarzuty niesprawnego kierowania resortem sprawiedliwości, w tym zwłaszcza dopuszczenia do przedawnień w wielu sprawach, np. o spalenie akt warszawskiej i gdańskiej SB albo przemytu spirytusu w Szczecinie. Suchockiej, którą dzięki kampanii medialnej postrzegano wcześniej jako osobę niezłomnych zasad, patriotyczną i konsekwentnie prosolidarnościową, zarzuca się dziś, że w przeciwieństwie choćby do posła Holoubka nie zrzekła się mandatu, a swój opór wobec dekretu o stanie wojennym wyraziła dość dyskretnie: wstrzymując się od głosu w komisji i unikając udziału w głosowaniu plenarnym. A przecież – akcentują członkowie wielkopolskiego ROP – właśnie jako konstytucjonalistka musiała sobie doskonale zdawać sprawę z niekonstytucyjności tego dekretu.

Według nich, wieloletnia przynależność Suchockiej do SD oraz fakt, że na promotora doktoratu pod znamiennym tytułem „Konstytucyjne gwarancje praworządności w europejskich państwach socjalistycznych” wybrała „pewnego ideologicznie” prof. Siemieńskiego, nie są bynajmniej przypadkowe. Wypominają też pani minister brak reakcji na skandaliczną, ich zdaniem, wypowiedź jej partyjnego kolegi Jerzego Wierchowicza, który w lecie 1999 domagał się usunięcia papieskiego krzyża z oświęcimskiego Żwirowiska. Zastanawiająca jest również – jak twierdzą – jej umiejętność godzenia publicznie deklarowanej gorliwości religijnej z uczestniczeniem w spotkaniach rotarian, których związki z masonerią są raczej oczywiste.

Środowisko poznańskiego KIK było z kolei mocno zdumione usilną agitacją Suchockiej na rzecz konstytucji z 1997 roku. – Nasze zastrzeżenia, co niezbyt spodobało się pani premier, wzbudziły zwłaszcza zapisy dotyczące rodziny, a także gotowość do częściowej rezygnacji z suwerenności państwowej – wspomina ówczesny prezes prof. Janusz Gołaski.

Czy sentymentalna panna S., jak ją kiedyś nazwano w Trybunie, pojedzie teraz do Stolicy Piotrowej? Czy może zadowoli się miejscem w amerykańskim Panteonie Sławnych Kobiet, do którego właśnie niedawno – wraz z Glorią Estefan – została zaproszona?

„Tygodnik Solidarność” nr , z czerwca 2001