strona główna arrow wywiady arrow W interesie publicznym

Kiedyś esbecki spryciarz usiłował wmówić sądowi, że tylko po to zarejestrował kogoś wypuszczonego właśnie z więzienia, aby roztoczyć
nad nim parasol ochronny. Ale miał pecha, bo zostało zbyt dużo materiałów potwierdzających agenturalną aktywność osoby, którą próbował chronić
– z sędzią BOGUSŁAWEM NIZIEŃSKIM, byłym rzecznikiem interesu publicznego, rozmawia Waldemar Żyszkiewicz

W interesie publicznym

– Pierwsza obsada urzędu Rzecznika Interesu Publicznego, który jest w istocie prokuratorem lustracyjnym, zakończyła właśnie swą sześcioletnią kadencję. Jak przedstawia się bilans tych sześciu lat?


– Obowiązująca w Polsce ustawa lustracyjna stanowi, że osoby wykonujące niektóre zawody oraz pełniące odpowiedzialne funkcje publiczne i państwowe zostały objęte wymogiem składania oświadczeń, co do swoich ewentualnych związków ze służbami specjalnymi PRL. W latach 1999-2004 do urzędu RIP wpłynęło z Sądu Apelacyjnego blisko 27 tys. kserokopii oświadczeń lustracyjnych. Proces weryfikacji został zakończony w odniesieniu do około 19 tys., co stanowi ponad 70 proc. wszystkich oświadczeń złożonych przez osoby, objęte ustawowym obowiązkiem poddania się procedurze lustracyjnej.


– A pozostałe 30 procent?


– Też zostanie weryfikowane, bo takie są założenia ustawy lustracyjnej. Ustawodawca nakazuje sprawdzić wszystkie złożone oświadczenia, nawet w przypadku, gdyby osoba w chwili weryfikacji nie pełniła już funkcji objętej ustawą lustracyjną.


– 19 tys. oświadczeń przez sześć lat, czyli ponad 10 dziennie, zakładając nawet sześciodniowy tydzień pracy. Pół biedy, gdy sprawdzenie potwierdza deklarację osoby lustrowanej, ale gdy z dokumentów wynika coś innego...


– ... wtedy trzeba przygotować wniosek o wszczęcie postępowania lustracyjnego. Podczas minionej kadencji z urzędu rzecznika do odpowiedniego wydziału Sądu Apelacyjnego w Warszawie, zostały skierowane 153 wnioski o wszczęcie takiego postępowania. Tylko w dwóch przypadkach sąd nie rozpoczął procesu lustracyjnego, w tym raz z powodu śmierci osoby lustrowanej. Kilka przypadków nie zostało jeszcze przed sąd rozpoznanych, w tych sprawach decyzja zapadnie 21 stycznia 2005.


– 153 wnioski na 19 tysięcy oświadczeń to stosunkowo niewiele.


– Do tego należy dodać 588 osób, które w ocenie rzecznika interesu publicznego również złożyły oświadczenia nieprawdziwe, ale pozyskany materiał dowodowy był niewystarczający dla sformułowania wniosku o wszczęcie postępowania. A szło często o osoby zajmujące eksponowane stanowiska w państwie, o osoby z pierwszych stron gazet, zarejestrowane w kartotekach służb specjalnych PRL jako tajni współpracownicy lub inne osobowe źródła informacji. Według przyjętej przez Sąd Najwyższy wykładni tajnej i świadomej współpracy, sama rejestracja, a nawet podpisanie zobowiązania do współpracy czy przyjęcie pseudonimu jeszcze nie wystarcza. Muszą się znaleźć dowody, że taka współpraca miała rzeczywiście miejsce. A jedno z orzeczeń SN nakłada dodatkowy wymóg: aby można było mówić o współpracy, trzeba dowieść, że przekazywane informacje były „przydatne i pomocne dla organów bezpieczeństwa państwa”.


– Zasada wydaje się sprawiedliwa.


– I ja tak sądzę. Np. w stanie wojennym pewien przewodniczący KZ Solidarności stanął przed dylematem: internowanie albo współpraca. Chciał uniknąć internowania z ważnych względów rodzinnych. Podpisał zobowiązanie i zaczął się ukrywać. Funkcjonariusz wielokrotnie raportował, że nie może nawiązać z nim kontaktu. Wprawdzie człowiek ów formalnie został zwerbowany, ale do żadnej współpracy nie doszło. Dlatego tak ważne jest, aby każdy przypadek rozpatrywać indywidualnie.


– Kim, z perspektywy RIP, są najczęściej kłamcy lustracyjni?


– Złożone wnioski objęły 76 adwokatów, 23 sędziów (zarówno czynnych, jak i w stanie spoczynku), 21 parlamentarzystów (w tym 3 senatorów), 12 prokuratorów (czynnych i w stanie spoczynku), 6 osób ze ścisłego kierownictwa mediów publicznych, 5 wyższych urzędników państwowych, 4 podsekretarzy stanu, 3 ministrów, 3 byłych wojewodów.


– Jak często Sąd Lustracyjny podziela argumentację RIP?


– W okresie, o którym mówimy, Sąd Apelacyjny w Warszawie wydał 100 prawomocnych orzeczeń w procesach lustracyjnych. W 63 przypadkach sąd podzielił przekonanie RIP o fałszywości kwestionowanego oświadczenia. W odniesieniu do 23 osób uznano, że złożone przez nie oświadczenia są zgodne z prawdą, ale należy podkreślić, że sąd związany kodeksem postępowania karnego, musiał zgodnie z zasadą in dubio pro reo rozstrzygać wszelkie wątpliwości na korzyść lustrowanego. 14 razy umorzono postępowanie, najczęściej z powodu śmierci osób lustrowanych. W 4 przypadkach skorzystano z przepisu artykułu 29. ustawy lustracyjnej, już uchylonego, który uniemożliwiał wszczęcie procesu w przypadku, gdy osoba podejrzewana o kłamstwo została odwołana lub sama zrezygnowała z funkcji jeszcze przed złożeniem wniosku przez RIP.


– Sto uprawomocnionych orzeczeń. A na jakim etapie są pozostałe sprawy?


– Toczy się nadal 29 postępowań lustracyjnych, zarówno w Sądzie Apelacyjnym pierwszej i drugiej instancji, ale także Sądzie Najwyższym, w ramach skargi kasacyjnej złożonej przez którąś ze stron. Z siedemnastu nieprawomocnych orzeczeń, na koniec grudnia 2004, aż 14 potwierdzało wnioski RIP, a 3 przyznawały rację lustrowanym.


– Przejdźmy do bilansu jakościowego. Czy z perspektywy minionych sześciu lat można by mówić o jakichś szczególnie ważnych dokonaniach urzędu RIP?


– W przypadku prokuratury lustracyjnej, działającej na rzecz oczyszczenia naszego życia publicznego, trudno w ten sposób różnicować osiągnięcia. Każdy proces dekonspirujący osobę, która w złożonym oświadczeniu lustracyjnym zataiła swe powiązania ze służbami specjalnymi, stanowi krok w stronę bezpieczniejszego państwa. Idzie nam przecież o to, żeby na stanowiskach decyzyjnych, gdzie rozstrzyga się o losach narodu, o losach Polski, znaleźli się ludzie wiarygodni, a nie kłamcy lustracyjni, których łatwo szantażować. To nie są zbyt wygórowane oczekiwania, zwłaszcza że nasza ustawa lustracyjna jest naprawdę łagodna. Tym, którzy się przyznali do współpracy, nie grozi żadnymi konsekwencjami, nie ogranicza dostępu nawet do najwyższych stanowisk w państwie.


– Czy w kręgu osób podlegających lustracji jest wiele takich, które przyznały się do współpracy ze służbami?


– Idzie tu o około 200 osób. Oczywiście, można by pytać, czy to właśnie dawni współpracownicy tajnych służb PRL powinni sięgać po te ważne stanowiska...


– Ci przynajmniej zdobyli się na szczerość!


– Tak, przynajmniej się przyznali. Gorzej, że do wysokich publicznych stanowisk aspirują również ludzie, którzy wszelkich kontaktów z peerelowskimi służbami się wypierają, mimo że dokumenty archiwalno-operacyjne potwierdzające ich współpracę zachowały się, często zresztą w idealnym stanie, np. z odręcznie sporządzonymi umowami na udostępnienie własnego mieszkania na lokal kontaktowy czy adresu na skrzynkę kontaktową. Albo z własnoręcznie napisanym zobowiązaniem do współpracy.


– Czy takimi osobami powoduje tylko brak skrupułów, czy poczucie pełnej bezkarności?


– Część z nich uwierzyła chyba zapewnieniom swych oficerów prowadzących o zniszczeniu dowodów współpracy. Inni mogli liczyć na ustawowe przetrącenie karku lustracji. Przecież zablokowana przez Trybunał Konstytucyjny w roku 2002 nowelizacja ustawy lustracyjnej miała chronić wielu prominentnych polityków SLD. Gdyby np. z definicji tajnej współpracy wyłączono kontakty z wywiadem, kontrwywiadem i ochroną granic, nie byłoby już dziś żadnej sprawy pana Józefa Oleksego...


– W tej sprawie postkomuniści ponieśli porażkę, ale i rzecznikowi nie wszystko się przecież udało.


– Tworzyliśmy ten urząd od podstaw, w niełatwych warunkach. W oparciu o mocno przetrzebione zasoby archiwalne. Zniszczenia, jakich dokonano w niektórych jednostkach Służby Bezpieczeństwa oraz formacjach z niej wyrosłych, są przerażające. Nieraz sięgają 90 proc. archiwaliów. U progu lat 90. na oczach nas wszystkich bezkarnie niszczono materiały, ale zdarzały się też sytuacje odwrotne, gdy dokumentacja zakwalifikowana do zniszczenia ocalała... Dla mnie osobiście, najbardziej bolesne są przypadki czynnych jeszcze sędziów, orzekających dziś w imieniu III RP, których nazwiska można znaleźć w rejestrach tajnych współpracowników SB.


– Nie da się ich zlustrować?


Niestety, gdy brak teczki personalnej oraz teczki pracy, to sam wpis rejestracyjny, jak wiadomo, nie wystarczy. Co gorsza, nie ma również protokołu zniszczenia tych teczek. Oznacza to, że materiały kompromitujące byłego agenta wyniesiono. Ktoś tym dysponuje, może wywierać naciski, trudno w takiej sytuacji mówić o sędziowskiej niezawisłości.


– Co najbardziej utrudniało działalność rzecznika i jego zastępców: stan archiwów, złe prawo czy instytucje zobligowane do współpracy z urzędem?


– Stan archiwów jest taki, jaki jest. Ustanawiając kodeks postępowania karnego (kpk) zasadą procedowania przed Sądem Lustracyjnym, ustawodawca cały ciężar dowodzenia włożył na barki rzecznika, co z pewnością nie ułatwiało zadania ani mnie, ani moim zastępcom sędziemu Krzysztofowi Kaubie oraz prokuratorowi Krzysztofowi Lipińskiemu. Ale niewątpliwie najwięcej kłopotu sprawiali sami lustrowani, którzy starali się, nieraz wręcz uczniowskimi sztuczkami, nie dopuścić do zakończenia sprawy.


– Jak rozumiem, nadużywali zwolnień lekarskich.


– Tak, robili to zarówno lustrowani, jak i wzywani przez nich świadkowie. Wreszcie, gdy nieprzyzwoitość stawała się zbyt gruba, chorowali obrońcy. Cóż, adwokat też człowiek... W ten sposób nawet najprostsze sprawy, gdzie obok kompletu zachowanej dokumentacji współpracę lustrowanych potwierdzali oficerowie operacyjni, przeciągały się nieraz nawet do 18 miesięcy.


– Gra na przewleczenie?


– I to wszelkimi metodami. Od kiedy np. zmiana ustawy lustracyjnej zezwala na upublicznienie nazwiska kłamcy lustracyjnego dopiero po kasacji, Sąd Najwyższy, zasypany lawiną skarg kasacyjnych, coraz częściej oddala je jako „oczywiście bezzasadne”, zwalniając się tym samym z obowiązku uzasadniania swych decyzji na piśmie.


– Niechętne lustracji media głosiły często, że postępowania kasacyjne są przejawem osobistej zawziętości rzecznika interesu publicznego.


– Odpowiem na to, że z 61 skarg kasacyjnych, jakie wpłynęły do SN, urząd rzecznika złożył tylko 9, pozostałe to inicjatywa strony przeciwnej.


– Czy oficerowie operacyjni mogą być wiarygodnymi świadkami?


– To są bardzo różni ludzie. Pamiętam byłego oficera SB, który wdzięczny za pozytywną weryfikację i dopuszczenie do służby w policji, poczuwał się do obowiązku złożenia wyłącznie prawdziwych wyjaśnień. Ale są oczywiście i tacy, którzy widząc, że rzecznik nie dysponuje materiałem archiwalno-operacyjnym, po prostu kłamią, zwykle ochraniając prowadzone kiedyś przez siebie osobowe źródło informacji. Kiedyś taki esbecki spryciarz usiłował wmówić sądowi, że tylko dlatego zarejestrował osobę wypuszczoną właśnie z więzienia, aby roztoczyć nad nią parasol ochronny. Ale miał pecha, bo zostało wystarczająco dużo materiałów potwierdzających agenturalną aktywność osoby, którą próbował chronić, oraz zeznania innego oficera, który przejął później prowadzenie tego agenta.


– Co mogłoby usprawnić przebieg lustracji? W jaką stronę powinny zmierzać ewentualne korekty obowiązującej ustawy?


– Dla poprawienia wizerunku procesów lustracyjnych należałoby przywrócić jawność postępowania przed Sądem Lustracyjnym. Obecny stan prawny, który zamyka usta rzecznikowi interesu publicznego i pozwala na wyłączenie jawności, zręcznie wykorzystują lustrowani, czyniąc z siebie ofiary nieprzejednanego lustratora. Sądzę również, że kodeks postępowania karnego nie jest optymalnym instrumentem prawnym ani w postępowaniu wyjaśniającym RIP, ani przed Sądem Lustracyjnym. Zasadę domniemania niewinności, fundamentalną w procesie karnym, w przypadku lustracji powinna raczej zastąpić zasada ograniczonego zaufania. Kandydowanie do wysokich urzędów publicznych jest przecież całkowicie dobrowolne. A interes państwa, nasz wspólny interes wymaga, aby sprawujące władzę osoby znalazły się poza wszelkim podejrzeniem.

„Tygodnik Solidarność” nr 4, z 29 stycznia 2005