strona główna arrow wywiady arrow Apetyt na historię

W pół wieku po wojnie wciąż są nieopisane potyczki Łupaszki czy Młota, nieopisane pozostaje Jedwabne, bo książkę Grossa trudno uznać
za pracę naukową – z MARKIEM JANEM CHODAKIEWICZEM, polskim historykiem, profesorem Institute of World Politics w Waszyngtonie, rozmawia Waldemar Żyszkiewicz

Apetyt na historię

– Przez dwa lata z rzędu pańskie książki były nominowane do Nagrody im. Józefa Mackiewicza. I właśnie teraz otrzymał ją pan za „Ejszyszki”. Jakie znaczenie ma dla pana ta nagroda?


– Jestem historykiem niezależnym, a niezależność, choć to postawa pociągająca i pożądana w działalności badawczej, nigdy i nigdzie nie jest łatwa. Również w Stanach Zjednoczonych, gdzie aktywna mniejszość stara się trzymać środowiska uniwersyteckie w „poprawnościowym” szachu, niezależność intelektualna często rodzi pewne osamotnienie. Toteż nie ukrywam, że wiadomość o nagrodzie sprawiła mi wielką przyjemność, gdyż oznacza ona, że to, co robię zostało zauważone i docenione na szerszym forum. I choć ta nagroda jest raczej świeżej daty, to przecież patronuje starej jak świat bitwie o prawdę. Podobnie jak Józef Mackiewicz, tradycjonalista i chrześcijanin, monarchistyczny republikanin, bardzo wyczulony na zło w każdej postaci.


– Właściwie wzorzec nonkonformizmu...


– Owszem, i jeden z pierwszych, którzy pisali o rzezi ludności żydowskiej. Jeśli potem zadeklarował się jako antykomunista „z pochodzenia”, to dlatego, że Sowiety wygrały wojnę. Jestem przekonany, że po ewentualnym zwycięstwie narodowych socjalistów Mackiewicz byłby ostracyzowany z kolei za to, że w przeciwieństwie do stada dworskich historyków, zajętych propagandą antykomunistyczną, przypomina o zagładzie Żydów.


– Nagrodzoną pracę o Ejszyszkach opublikowała Biblioteka Frondy. Jak doszło do powstania tej książki?


– Właściwie kierowały mną dwa motywy: metodologiczny i poznawczy. Po pierwsze, chciałem pokazać kolegom historykom w Polsce, w jaki sposób robi się mikrostudium. Po drugie, uważałem, że już czas, aby wyjaśnić do końca wszystkie sprawy i okoliczności związane z działalnością konspiracyjną. Bez względu na to, czy wydają się nam mniej czy bardziej chwalebne, należy je zbadać i definitywnie opisać. Armii Krajowej i jej żołnierzom, najpierw prześladowanym, potem przez lata pomijanym i postponowanym, po prostu wreszcie się to należy.


– Zwłaszcza że prof. Yaffa Eliah przypadkową śmierć, jaką jej bliscy ponieśli podczas polskiej akcji przeciwko NKWD w Ejszyszkach, próbuje wciąż, niestety dość skutecznie, przedstawiać w świecie jako dowód rzekomego antysemityzmu AK.


– Zaczęło się od materiałów do monografii o stosunkach polsko-żydowskich w latach 1918-1955, które gromadziłem przez kilkanaście lat. W przeszło siedmiusetstronicowej pracy opublikowanej w 2000 roku, też przez Frondę, można znaleźć passus poświęcony sprawie Ejszyszek. Ale dla napisania tego kawałka stroniczki musiałem się przekopać przez górę materiałów: dokumentów, wspomnień, publicystyki. Wtedy Grzegorz Górny, naczelny Frondy, namówił mnie, żeby te materiały uporządkować i opatrzyć wstępem wyjaśniającym szeroki kontekst zdarzeń podczas okupacji.


– Udało się?


– Tak, ale to nie było łatwe, bo na Wileńszczyźnie podczas okupacji naprawdę było najgorzej. Poszło na ostro już od roku 1939. Zaczęto wtedy wybijać miejscowe elity, a do elity zaliczano każdego, kto pielęgnował polskość lub przejawiał inicjatywę patriotyczną czy społeczną. Mordowano kobiety i mężczyzn. Wywózki. Egzekucje. W dodatku, stosunki etniczne były tam bardzo napięte. Chłopcy i dziewczęta z wileńskiej konspiracji wiedzieli, co to są sowieci, a co – Niemcy. Oni rozumieli, że jest dwóch wrogów. I walczyli na dwa fronty. Co mieli robić, nie można było inaczej. Ich wypowiedzi, gdy się je teraz czyta, mogą się wydać nieprzejednane, bardzo nietolerancyjne. Ale gdy popatrzymy z perspektywy historycznej, to kto miał rację? Chłopcy z UB? A może raczej chłopcy z AK, WiN, NSZ?


– A względy rodzinne?


– Moi przodkowie po mieczu – Chodakiewicze, herbu Kościesza – pochodzą z kresów. Ród Chodakiewiczów ma korzenie rusińskie, jego protoplasta nazywał się Chod’ko Borejko. W połowie XVIII wieku Chodakiewicze siedzieli w województwie mścisławskim. Po pierwszym rozbiorze, nie podpisawszy adresu wiernopoddańczego, przenieśli się na zachód. Za udział w Powstaniu Listopadowym Chodakiewiczom z guberni grodzieńskiej odebrano nawet tytuł szlachecki. W XIX wieku zaściankiem Chodakiewiczów były m.in. Wilkańce Wielkie, w parafii Ejszyszki. Siedzieli też gdzie indziej. A podczas okupacji moja babcia była adiutantem i osobistą łączniczką majora Węgielnego, zwierzchnika słynnego mjr. Łupaszki. Nic dziwnego, że temat związany z wileńską AK potraktowałem dość osobiście.


– Co zadecydowało, że został pan historykiem? Przecież miał pan studiować anglistykę na UW...


– Wyjechałem z Warszawy we wrześniu 1982. W kalifornijskim College of San Mateo zacząłem uczyć się angielskiego i komputerów. Słuchałem różnych wykładów na uniwersytetach Stanforda i Berkeley. W tym, wykładów Normana Daviesa, który jednak, oskarżony o apologetykę polskiego antysemityzmu, nie zagrzał tam długo miejsca. Prof. Anthony D’Agostino, z Instytutu Hoovera, umożliwił mi indywidualny tok studiów sowietologicznych na stanowym uniwersytecie San Francisco. Doktorat z historii Europy Środkowowschodniej, dzięki stypendium, zrobiłem na nowojorskim Columbia University. Wiele zawdzięczam takim uczonym jak znany sowietolog z Berkeley prof. Martin Malia, prof. Stuart Miller, autor głośnej książki o Filipinach, czy wybitny znawca historii drugiej wojny światowej prof. Istvan Déak, z uniwersytetu Columbia.


– W czym się pan specjalizował?


– Stopień bakałarza otrzymałem za pracę o „Oporze przystosowawczym sowieckich muzułmanów w czasach Gorbaczowa”, która powstała dzięki analizie zawartości prasy lokalnej z muzułmańskich republik ówczesnego ZSRR. Kategoria „przystosowawczego oporu” to mój wkład do nauki. Jeśli ci muzułmanie potrafili zbudować w kołchozie wysoką wieżę obserwacyjną i postawić na niej strażaka, który przypadkiem okazywał się muezinem, to znaczy, że nadzwyczaj skutecznie „przystosowali się” do systemu.


– A inne prace?


– „Stawka na autonomię. Destalinizacja w Polsce i zwycięstwo odchylenia prawicowonacjonalistycznego” to było moje magisterium, też praca stricte sowietologiczna. Sporządziłem również mikrostudium powiatu Kraśnik, pod dwiema okupacjami. To właśnie mój doktorat, który zatytułowałem „Przystosowanie i opór. Polski powiat w czasie drugiej wojny światowej i jej pokłosia”.


– Sporo pan pisze, w tym roku ukazały się trzy pańskie książki w języku angielskim, ponadto trochę artykułów po polsku. Proszę wymienić główne przymioty dobrego historyka.


– Cierpliwość. Ciekawość. Uczciwość. I umiejętność zobaczenia w dokumentach tego, czego nie potrafią wychwycić inni. Zwrócił mi na to uwagę prof. Robert Conquest, wybitny sowietolog z Instytutu Hoovera. Co do mnie, zwykle pracuję po 16 godzin na dobę. Gdy trzeba, potrafię przesiedzieć nawet trzy doby bez snu. Wtedy wyłączam telefon i nie ma mnie dla nikogo. Ale na to może sobie pozwolić tylko ktoś, kto pracuje z pasją i podobnie jak ja nie ma obowiązków rodzinnych.


– Czego brakuje polskim historykom?


– Brakuje im 50 lat wolności, umożliwiającej nieskrępowane badania w zakresie historii najnowszej. Proszę zobaczyć, w pół wieku po wojnie wciąż nieopisane są potyczki Łupaszki czy Młota, nieopisane pozostaje nadal Jedwabne, bo przecież trudno traktować książkę Jana Tomasza Grossa jako pracę naukową. To raczej beletrystyka. Dopóki nie zrobi się poważnych studiów w tym zakresie, dopóty nie będziemy wiedzieli, o co tam naprawdę szło. Dlatego wcale mnie nie dziwi wyraźny kryzys postawy tradycyjnej w Polsce, ponieważ kreowana w latach zniewolenia komunistycznego przez elity trwania była ona oparta przede wszystkim na uczuciach, na emocjach. Ten niedostatek racjonalności bardzo ułatwia dziś harce lewackim spadkobiercom Oświecenia.


– Jak temu zaradzić?


– Trzeba zdekomunizować polską historiografię. Odrzucić marksizm jako metodologię. Odrzucić tych wszystkich, którzy uprawiają teraz liberalną apologię swojej byłej komunistycznej postawy. Trzeba wrócić do dorobku II Rzeczypospolitej i nawiązać kontakty z historykami emigracyjnymi...


– Nie wszyscy krajowi uczeni dali się skomunizować.


– Oczywiście, są profesorowie Tomasz Strzembosz i Wojciech Roszkowski. Są wychowankowie Strzembosza. Jest wreszcie grupa młodych historyków z IPN, takich jak Krzysztof Szwagrzyk czy Sławomir Cenckiewicz. Oni prą jak burza. W nich nadzieja.

W październiku 1944 roku podczas próby zatrzymania przez odział AK oficera sowieckiego kontrwywiadu (z formacji „Smiersz”), który ukrywał się w Ejszyszkach w domu Mosze Sonensona, doszło do strzelaniny, której przypadkowymi ofiarami stali się m. in. żona i syna gospodarza. W przeszło pół wieku później córka Sonensonów, już jako prof. Yaffa Eliah, oskarżyła w USA Armię Krajową o programowy antysemityzm, zamiar całkowitej eksterminacji Żydów, a także o dokonanie antyżydowskiego pogromu w Ejszyszkach. Książka pod redakcją Marka Jana Chodakiewicza jest pierwszą wydaną w Polsce pracą historyczną ukazującą rzeczywisty przebieg i kulisy tych zdarzeń.

„Tygodnik Solidarność” nr 49, z 5 grudnia 2003