| publikacje prasowe |
| publicystyka |
| wywiady |
| portrety |
| kultura |
| varia |
| utwory literackie |
| poezja |
| formy dramatyczne |
| utwory dla dzieci |
| galeria fotograficzna |
| góry |
| koty |
| ogrody |
| pejzaże |
| podróże |
wywiady
Budzić wolę narodu |
Kościół siedzi w kieszeni ludzi biednych i dzięki temu zachowuje niezależność działania – z ks. arcybiskupem JÓZEFEM MICHALIKIEM, metropolitą przemyskim, wiceprzewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski, rozmawia Waldemar Żyszkiewicz Budzić wolę narodu– Władze PRL prowadziły tzw. politykę wyznaniową, wrogą wobec ludzi wiary, w tym zwłaszcza wobec duchowieństwa i wiernych Kościoła katolickiego. W III RP w ocenie strony kościelnej relacje państwo-Kościół układały się dobrze lub poprawnie. Jak Ksiądz Arcybiskup ocenia je obecnie, w pięć lat po podpisaniu konkordatu? – Państwo i Kościół to dwie różne rzeczywistości. Prawne uporządkowanie relacji między nimi stanowi podstawę współistnienia, umożliwia współdziałanie motywowane troską o dobro obywateli. Umowę konkordatową ze Stolicą Apostolską nowoczesne państwa traktują jako potrzebny i właściwy sposób regulacji stosunków państwo-Kościół. Oceniając z tej perspektywy, trzeba jasno powiedzieć, że sytuacja w PRL była po prostu chora. Wyrazem tej choroby, dowodem ciągłego utrzymywania się głębokich uprzedzeń wobec Kościoła również po roku 1989 było odkładanie ratyfikacji konkordatu. Powrót do normalności traktowano jako zagrożenie. Ratyfikację umożliwiła dopiero zmiana rządu w wyniku wyborów z 1997 roku. Jak dziś oceniam relacje między władzą a Kościołem? Kryteria są niezmienne: stosunek do prawdy i szczerość intencji. W przeszłości, nawet tej nieodległej, często niestety brały górę interesy polityczne, partyjne. Czy da się tego uniknąć w przyszłości? Wszystko zależy od ludzi. Chęć pozyskania różnych grup wyborców albo przypodobania się ewentualnym sojusznikom skłania polityków do rozmaitych oświadczeń. Zalecałbym podchodzenie z dystansem zarówno wobec oficjalnych bardzo przyjaznych deklaracji, jak i wobec przejaskrawionych wypowiedzi, które nieraz słychać w kuluarach. – Ostatnio premier Leszek Miller pochwalił polskich biskupów za postawę wobec referendum akcesyjnego, ale nieco wcześniej Marek Dyduch, sekretarz generalny SLD, mówił o tłamszeniu lewicy przez Kościół... – Dlatego właśnie trzeba zachować dystans. Życie społeczne nie zadowoli się deklaracjami, potrzebne są czyny. Trzeba pytać, czy premier naprawdę szanuje drugą stronę. Czy zamierza respektować jej prawa? Czy jest gotów wyjść naprzeciw słusznym oczekiwaniom? Czy nadal o wszystko trzeba będzie targować się i walczyć? Jeśli za pozytywnymi deklaracjami władz pójdą fakty, to antykościelnymi wypowiedziami harcowników można się nie przejmować. – A jeśli rządzący komplementują Kościół hierarchiczny, tylko po to, aby uzyskać poparcie polskich katolików w referendum? Może słowa sekretarza SLD należy rozumieć jako apel do swoich: wytrzymajcie do akcesji, potem już wszystko pójdzie, jak trzeba, tzn. cała ta laicyzatorska, niezgodna z chrześcijaństwem machina znajdzie przełożenie na stosunki prawne. Polska nie zapewniła sobie przecież takich gwarancji jak Irlandia czy Malta. – Niestety, trudno taką ewentualność wykluczyć. Są znaki wskazujące, że tak właśnie może się stać. Dlatego bardzo ważną sprawą pozostaje jak najliczniejszy udział wiernych w referendum oraz ich zdolność do podjęcia roztropnej i odpowiedzialnej decyzji. Natomiast Kościół powinien zachować dystans wobec konkretnych rozstrzygnięć politycznych, przejawiając jednocześnie pełne uwrażliwienie na problemy ludzi oraz na zasady moralne. Wchodzenie w sferę polityczną zawsze tylko szkodziło Kościołowi. W tej kwestii tezy katolickiej nauki społecznej nie pozostawiają wątpliwości: wobec wyzwań stających przed społeczeństwami są możliwe różne rozwiązania, dlatego Kościoły lokalne ani biskupi, w moim przekonaniu, nie powinni się utożsamiać z żadną partią polityczną. Nawet z katolicką, a zwłaszcza z niekatolicką! Także dziś w Polsce Kościołowi nie wolno brać na siebie odpowiedzialności za sukcesy czy interesy poszczególnych grup politycznych, tym bardziej za ich manipulacje. Należałoby przecież mówić też o zagrożeniach społecznych związanych z integracją. Bo one są. Tymczasem ludzie nie znają nawet tekstu traktatu ani szczegółowych warunków akcesji. Ani realnych, praktycznych jej konsekwencji. A przecież ogólnonarodową debatę należałoby oprzeć na konkretach. Sprzyjać takiej dyskusji. Pomagać w pogłębianiu wiedzy. Ułatwiać lepsze rozeznanie. Budzić wolę narodu. Taka jest, w moim przekonaniu, społeczna rola Kościoła. Teraz i po referendum, bez względu na jego wynik, Kościół pozostanie przecież z narodem. – Pojawiły się głosy, również w samym Kościele, że najnowszy list pasterski biskupów polskich zachęca wiernych nie tylko do udziału w referendum, lecz wręcz do opowiedzenia się za Unią Europejską. – Czy można ten komunikat interpretować na dwa sposoby? Jak widać, da się to zrobić. Nam jednak szło o to, aby nie ulec naciskom politycznym, bez względu na to, czy pochodzą od euroentuzjastów czy eurosceptyków. Przytoczone w liście słowa Jana Pawła II są wyraźne. Trzeba tylko odczytywać je w całości. Kościół bowiem, wsłuchując się w Chrystusowe wezwanie do jedności, nigdy przeciwko niej nie występuje. Jednocześnie Ojciec Święty z całą mocą podkreśla konieczność chrześcijańskiej obecności w Europie, widząc w niej jedyną i niezbędną gwarancję dla kulturowej tożsamości Polski oraz innych narodów. Decyzja o integracji europejskiej, bardzo przecież poważna, przypomina inne decyzje egzystencjalne, które rzutują potem na całe życie. Skorzystajmy z pewnej życiowej analogii. Bywa, że kandydat do małżeństwa zastanawia się nad wyborem partnerki. Do jednej dziewczyny bije mu serce, a rozum podpowiada inną kandydatkę. Jeśli podchodzi do sprawy poważnie, będzie szukał prawdy, jakichś znaków, istotnych przesłanek dla decyzji. Małżeństwa nie można oprzeć na fałszu, przemilczeniu, oszustwie. Podobnie jest z naszym stosunkiem do Europy: uczucie do niej żywimy, ale trzeba spokojnie rozważyć racje rozumowe. Referendum w sprawie akcesji rodzi konieczność obudzenia woli życia narodu, wyrwania z letargu apatycznej, milczącej dotąd większości. Oczywiście, rezygnacja z głosowania, apatia społeczna może być też formą wyrażenia swojej woli. W demokracji, której Polacy byli przez pół wieku pozbawieni, oznacza to jednak przekazanie innym prawa do decydowania o własnym losie. – Niekatolickie media podnoszą wciąż kwestię uregulowania finansów Kościoła, dążąc do zastąpienia dobrowolnych ofiar wiernych jakąś, zapośredniczoną przez państwo, formą opodatkowania się ich na Kościół. Dzieje się to w okresie, gdy społeczeństwo gwałtownie ubożeje, taca bardzo chudnie, a socjologizujący opis rzeczywistości eklezjalnej akcentuje zjawiska patologiczne, nieuchronne w każdej większej społeczności. – Kształtowanie wizerunku Kościoła jako potęgi finansowej, społecznej czy wręcz politycznej więcej mówi o autorze tego wizerunku niż o samym Kościele. Owszem, katolicka moralność i nauczanie społeczne stanowią zagrożenie dla różnych ideologii pragnących konkurować z chrześcijaństwem o wpływ na ludzkie sumienie, o „rząd dusz”. Nic dziwnego, że superliberalne czy masońskie ośrodki, które chciałyby bez przeszkód promować własne światopoglądowe koncepty, widzą w katolicyzmie przede wszystkim wroga. Ale perspektywę oglądu rzeczywistości kościelnej zaburza również pozornie życzliwy pogląd, według którego Kościół może stanowić remedium na wszelkie społeczne bolączki i dolegliwości. Tak oczywiście nie jest, gdyż misja Kościoła wykracza poza doczesność. Czysto socjologiczny opis nie dotyka duchowej rzeczywistości, bez której nie można w pełni pojąć ani wiernych, ani Kościoła. Kwestie techniczne, czyli sposób gromadzenia pieniędzy, nie są wcale istotne. Środki finansowe zawsze pochodzą od ludzi. Władze państwowe rozdzielają przecież pieniądze podatników. To, co ważne, to pełna niezależność Kościoła, która – moim zdaniem – wiąże się z tym, w czyjej on siedzi kieszeni. My w Polsce siedzimy w kieszeni biednych ludzi, dzięki czemu mamy możliwość działania niezależnego, co właśnie wielu drażni. Są tacy, którzy chętnie by zapłacili, przejęli na pensje księży i cały Kościół. Toteż nie boję się ubóstwa kleru, to mi nie spędza snu z oczu. Natomiast widać już wyraźnie, że wkrótce Kościół w Polsce nie sprosta finansowo wszystkim zadaniom, które się przed nim stawia. – Jakie oczekiwania ma Ksiądz Arcybiskup na myśli? – Nie poradzimy sobie z utrzymaniem i zabezpieczeniem wszystkich zabytków. Wiele parafii już osiągnęło granice możliwości finansowych, a gąszcz przepisów, które znacząco podnoszą koszty prac konserwatorskich, może w wielu przypadkach praktycznie uniemożliwić dalsze działania w tym zakresie. Nie można też łudzić ludzi, a obserwuję ostatnio takie poczynania, że Kościół np. zastąpi państwo w rozwiązywaniu problemu bezrobocia. Podobnie wmawia się ludziom, że państwo wyręczy Kościół w ocenach moralnych czy w sferze duchowej. Kościół, jeszcze raz to przypomnę, ma prowadzić ludzi do zbawienia. Droga do Nieba prowadzi jednak przez doczesność, dlatego musimy być przy ludziach i w potrzebie wspierać ich materialnie na miarę naszych skromnych możliwości. Miłość bliźniego jest przecież wpisana w Ewangelię. Nie zdołamy jednak ani nakarmić wszystkich głodnych, ani zapewnić wystarczającej liczby miejsc w domach dziecka. Choć mimo wszystko trzeba próbować to robić. – Dlaczego Kościół katolicki tak rzadko reaguje na brutalne nawet napaści i nieuzasadnione przejawy wrogości? Osoby spoza Kościoła, nawet te zachowujące życzliwą neutralność, uznają to za formę przyznania się do winy albo brak chęci do samooczyszczenia się. – Myślę, że wynika to raczej z chęci ignorowania pewnej kategorii zaczepek niż z przeświadczenia o własnej doskonałości, czyli z pychy ludzi Kościoła. Taka zarozumiałość byłaby z pewnością niewłaściwa. Przez długi czas istniał jednak niepisany, lecz honorowany obyczaj, że na ataki pochodzące z medialnego marginesu po prostu się nie odpowiada. Nie reagowały na takie napaści nawet osoby czy poważne instytucje świeckie, tym bardziej nie czynił tego Kościół. A pretendujące do pewnej rangi media nie podejmowały ani wulgarnych sensacji, ani nie upowszechniały skandalizujących czy bluźnierczych prowokacji. Teraz niestety czasy się zmieniły. Pisma brukowe bezkarnie dobiły się do głosu, więcej – zostały dopuszczone na tzw. polityczne czy kulturalne salony. Pewnie należałoby więc nieco zrewidować postawę. Ale zaprzeczanie fałszowi wymaga znacznie więcej słów niż głoszenie prawdy, a utarczki z przejawami złej woli pochłaniają czas, który lepiej przeznaczyć na promocję dobra. Pozostaje też nieprosta sprawa wyboru forum, na którym można by to skutecznie przeprowadzić. Dlatego często Kościół woli zawierzyć dojrzałej ocenie wiernych niż publicznie ogłaszać dementi. Zgadzam się jednak z poglądem, że w szczególnie ważnych przypadkach istnieje coś, co nazwałbym obowiązkiem zaprzeczenia kłamstwu. „Tygodnik Solidarność”, nr 22, z 30 maja 2003 |