Dla wszystkich, którzy odróżniają argumentację od zamawiania rzeczywistości słowami, przesłuchanie prezydentowej miało duże walory poznawcze. A „przecieki” z nieujawnionej listy darczyńców rzuciły światło na motywy absencji Aleksandra Kwaśniewskiego przed sejmowymi komisjami śledczymi.

Milady przeciw muszkieterom

Sugestie, że z przesłuchania przez sejmową komisję śledczą ds. Orlenu Jolanta Kwaśniewska na pewno wyjdzie zwycięsko pojawiły się już na wiele tygodni wcześniej. Zdarzały się kuriozalne głosy postulujące wręcz utajnienie obrad. Zwolennicy tej koncepcji argumentowali, że to jedyny sposób, aby uchronić lud przed zniewalającym czarem Pierwszej Damy, a komisję – mocno w mediach krytykowaną – przed pewną kompromitacją.

Cimoszewicza strzał w kolano!

Jolanta Kwaśniewska zjawiła się w Sejmie przygotowana. Efektowna, elegancka, dobrze uczesana. O dziesiątej, gdyż na prośbę świadka początek przesłuchania opóźniono o godzinę. (Wizażysta też człowiek i musi się wyspać). Prezydentowa zachowywała się nadzwyczaj godnie i „suwerennie”. Korzystając z przysługującego jej prawa do swobodnej wypowiedzi, podkreśliła swe zasługi dla chorych dzieci i stanowczo skarciła komisję. Nic dziwnego, że w rezultacie poszczególni członkowie tego ciała szukali stosownej formy rozmowy ze znakomitym gościem, posiłkując się osobistym wyczuciem sytuacji. Trochę na chybił-trafił.

„Proszę świadka” – zwracał się do Jolanty Kwaśniewskiej np. poseł Grzesik z Samoobrony, ale już Andrzejowi Aumillerowi (UP) tak obcesowa formuła nie przeszła przez gardło ani razu. Wolał mówić „Pani Prezydentowo”, podczas gdy Antoni Macierewicz (RP) zadowalał się demokratycznym „proszę pani”. Trzeba przyznać, że przewodniczący Aumiller prowadził posiedzenie komisji z fasonem, zwłaszcza na początku. Ułatwił mu to zapewne, podnosząc znacznie poziom adrenaliny, marszałek Cimoszewicz, który nie dość, że w piśmie skierowanym do Jolanty Kwaśniewskiej, zdyskredytował wymagania komisji wobec Fundacji „Porozumienie bez barier”, to nawet nie zdążył zawiadomić o swym stanowisku prezydium komisji.

Wprawdzie przy zadawaniu własnych pytań poseł Aumiller nieco wymiękł, ale dozę jego przychylności dla czwórki muszkieterów-harcowników powiększyli niewątpliwie obstrukcjoniści z SLD: Bogdan Bujak i Andrzej Różański, a także niezawodny poseł Celiński (SdPl), który przeszedł wręcz samego siebie. W obronie „jednego państwa, jednego prezydenta i jednej żony prezydenta” był gotów pętać dociekliwość posła Wassermanna z PiS „kaftanem bezpieczeństwa”. Czemu dał wyraz, nawet nie wzywany do głosu. Wspominam o tym, gdyż media głównego nurtu z niezrozumiałych powodów pominęły milczeniem ten wkład Andrzeja Celińskiego w obronę czci prezydentowej.

Sekrety kobiety pracującej

Osłona medialna Jolanty Kwaśniewskiej działała w permanencji. Najpierw, jak wspominałem, wieszcząc porażkę komisji. A po przesłuchaniu zdejmując niemal natychmiast temat z wokandy. Prezesowi Dworakowi wypada jednak pogratulować Iwony Sulik, która telewidzom regionalnej trójki nie zostawiła złudzeń po czyjej stronie jest zarówno racja, jak i dziennikarka TVP.

Owszem, pani prezydentowa wypadła nieźle w tzw. stałych fragmentach gry. Jest przecież osobą zaprawioną w bojach. Ma też kondycję dowodzącą wysokiego stopnia wytrenowania. I przejawia fenomenalną asertywność. Chciałbym, żeby ktoś tak dobrze mówił o mnie, jak Jolanta Kwaśniewska o sobie, swojej fundacji, mężu, znajomych i współpracownikach. Jedynie lobbysta Dochnal nie załapał się na pochwały prezydentowej. Właściwie nie wiadomo dlaczego. Co z tego, że znajduje się teraz „w zainteresowaniu” wymiaru sprawiedliwości. Nie on jeden. A taki np. mecenas Kratiuk, z podobnymi problemami, wciąż pozostaje dla pani Jolanty osobą godną zaufania. I co więcej, zachował wpływy w jej fundacji.

Trzeba przyznać, że dostało się również posłom: Konstantemu Miodowiczowi (PO) głównie za ironię i refleksję nad osobistą hojnością przesłuchiwanej, oraz Zbigniewowi Wassermannowi, chyba za całokształt. Ale i za pytania o Royal Wilanów. Okazało się, że refleksja nad drogą zawodową prezydentowej, kobiety przecież pracującej, w Polsce nadal stanowi tabu.

Między nami prawnikami

Więcej szczęścia miał natomiast Roman Giertych z LPR, mimo że zapytał fundatorkę „Porozumienia bez barier” nawet o ewentualną współpracę ze służbami specjalnymi PRL... Ale wiceprzewodniczący Giertych najpierw przeprosił, a dopiero potem zadał pytanie. I co istotne, wyjaśnił Jolancie Kwaśniewskiej, że komisja zaprosiła ją w trosce o to, by jacyś źli ludzie nie nadużyli szczytnej fundacji do niecnych celów. To musiało podziałać tonizująco na przesłuchiwaną. Z niebiańską cierpliwością słuchała jego pretensji o brak listy darczyńców. Okazała pobłażliwość wobec zakazu interpretowania prawnych oczywistości. Z uśmiechem na ustach zniosła sugestię dowiezienia listy do sejmu. Ba, nawet z dobrawoli powiedziała o pani Jankielewicz... A przecież nie musiała! Mogła przyjąć władczą postawę i powiedzieć np. „Szczyt!”. Trudno nieraz zgłębić tajniki kobiecej duszy. Cóż, pewną rolę może odgrywać fakt, że postawny pan Roman jest prawnikiem, podobnie jak pani Jolanta, a nie jakimś tam ironizującym etnografem.

Nobody’s perfect

Jolancie Kwaśniewskiej sprzyjały media, ludzie lewicy w komisji, przyjęta strategia odmowy współpracy z komisją, a także wystudiowana i powtarzana do znudzenia prezentacja osobistych walorów Pierwszej Damy. Jedynym słabym punktem tego systemu obronnego okazała się Anisa Gnacikowska, prawny pełnomocnik prezydentowej. Nie może dziwić fakt, że we wszystkich przedmiotowych kontrowersjach pani Gnacikowska wypadła gorzej niż Emilia Nowaczyk, ekspert komisji sejmowej, bo nawet świetnemu prawnikowi trudno przychodzi wmawiać ludziom, że czarne jest białe lub odwrotnie. Ale nawet na z góry straconych pozycjach można stać z wdziękiem albo bez... Kalkulacja, że zakłopotana Anisa miała stanowić kontrastowe tło dla władczej Jolanty, wydaje się jednak nazbyt karkołomna.

Anisa zawiodła. Nie potrafiła przekonująco ripostować ekspertom komisji sejmowej, którzy na pytanie posła Giertycha orzekli, że odmawiając udostępnienia żądanych przez komisję dokumentów fundacja prezydentowej złamała art. 14 ustawy o sejmowej komisji śledczej... Nie zawiodły jednak media, które przesłuchanie Jolanty Kwaśniewskiej naprzód uznały za stratę czasu komisji i... telewidzów. A następnego dnia ogłosiły walne zwycięstwo przesłuchiwanej. Chyba zbyt pochopnie.

Królewna Śnieżka czy Królowa Śniegu?

Publiczne przesłuchanie pozwoliło bowiem ludziom skonfrontować tworzony przez lata medialny wizerunek z rzeczywistością. I choć prezydentowa włożyła wiele wysiłku, aby przekonać telewidzów, iż łączy w sobie przymioty Dobrej Wróżki oraz Królewny Śnieżki, to tak wyraźne postawienie się ponad prawem albo ostra wymiana zdań z posłami Miodowiczem czy Wassermannem u wielu osób uruchomiły chyba mocne sygnały ostrzegawcze...

To prawda, że brak listy darczyńców fundacji, którą założyła małżonka urzędującego prezydenta, uniemożliwił członkom komisji znalezienie materialnych dowodów, ale za to nadał ciężar gatunkowy liście poszlak. I uprawdopodobnił podejrzenia już wcześniej przez nich formułowane. Gotowość do złamania prawa dla ukrycia przepływów finansowych może świadczyć o wysokim stopniu determinacji lokatorów pałacu prezydenckiego. Opowieści o ochronie danych osobowych trzeba włożyć między bajki. Wszak sama Jolanta Kwaśniewska mówiła podczas przesłuchania o dość powszechnej wśród darczyńców chęci znalezienia się „w świetle jupiterów”. To zrozumiałe, szczodrość – zwłaszcza wobec naprawdę potrzebujących – nikogo nie hańbi.

Najciekawszym odkryciem sobotniego przesłuchania jest jednak coś innego. Zapytana przez posła Wassermanna o blisko półmilionową wpłatę, której w roku 1997 miała dokonać irlandzka firma CRH (nabywca cementowni Ożarów), Jolanta Kwaśniewska wskazała na pozycję o podobnej wysokości, ale opatrzoną literkami NCC AB. Tak się składa, że NCC to duży skandynawski koncern, który w Polsce interesował się budową autostrady A2 (uzyskał tzw. gwarancje I etapu), inwestycją hołubioną przez Jana Kulczyka.

Między irlandzkim CRH a nordyckim NCC nie ma i nie było nigdy żadnych związków. Dlaczego prezydentowej pomyliły się te dwie firmy? Niełatwo przecież wymazać z pamięci tak hojnych (i różnych) darczyńców. Pozostaje mieć nadzieję, że komisji śledczej uda się wyjaśnić sekret tej pomyłki.

„Gazeta Polska” nr , z czerwca 2005