Dawni współpracownicy nie mają złudzeń: między pięknymi deklaracjami rektora Dawidziuka a prawdziwym życiem szkoły przy Kawęczyńskiej zionie przepaść. Niektórym zabrało to rok, innym trochę więcej, zanim uświadomili sobie, że nie zniosą dłużej lekceważenia przepisów, zasad współżycia czy traktowania szkoły jako maszynki do robienia, ogromnych zresztą, pieniędzy. Natomiast instytucje obcują z dokumentami, którymi niedoszły kanclerz umie świetnie „zarządzać”, więc wcale się na jego przymiotach nie poznały.

Dawidziuk wielmożny

Od niedawna rektor Wyższej Szkoły Menedżerskiej SIG podpisuje się: „prof. nadzw. dr Stanisław Dawidziuk”. Ale to nieprawda, to tylko jeszcze jeden ze zręcznych sposobów, którymi chętnie posługuje się doktorant Wojskowej Akademii Politycznej im. Dzierżyńskiego, prywatnie miłośnik Sun-tsego i Makiawela. Dawidziuk nie jest profesorem nadzwyczajnym, lecz raczej kimś, kto w sposób nadzwyczajny został profesorem tytularnym własnej uczelni. Dlaczego prof. dr hab. Leszek Krzyżanowski ujrzał w doktorze Dawidziuku chlubę polskiej nauki w dziedzinie przedsiębiorczości, pozostaje jego słodką tajemnicą. Z pewnością nie wypada tłumaczyć tego faktem,
że jest przypadkiem zatrudniony w WSM, więc może przekonali go o tym: prof. prof. Ludwik Malinowski i Kazimierz Pospiszyl, życzliwi recenzenci osiągnięć twórczych rektora. W każdym razie, senat szkoły, co prawda w niepełnym składzie (23 osoby, z przeszło 30), obdarzył Dawidziuka seniora tytułem profesorskim, przy zaledwie jednym głosie wstrzymującym się. Vivant professores?

Spolegliwe ministerstwo edukacji

Z tą szkołą na Szmulkach właściwie od początku było coś nie tak. Postępowanie przygotowawcze dowiodło ponad wszelką wątpliwość, że przedłożony wśród wymaganej przez MEN dokumentacji statut Stowarzyszenia Inicjatyw Gospodarczych, które było dla szkoły organem założycielskim, został niezdarnie sfałszowany. Z kolei wymagany przez ministerstwo fundusz założycielski (w 1995 roku było to pół miliarda starych złotych) został jedynie formalnie „zamarkowany”, ale w istocie nie istniał.
Gdy szkoła startowała, to uczeni mężowie – wedle słów prof. Bogusza, jej pierwszego rektora, którego Dawidziuk pozbył się już po kilku tygodniach – musieli składać się nawet na opłacenie prowadzonej przez siebie korespondencji. Dziś, przy 10 tysiącach studentów i czesnym rzędu 1200-1500 zł za semestr, pieniądze nosi się raczej
w walizce. Te fakty, w połączeniu z biografią Dawidziuka, w latach 80. skazanego prawomocnym wyrokiem (4 lata pozbawienia wolności, 5 lat pozbawienia praw publicznych) za korupcję i fałszerstwa w głośnej aferze na Politechnice Warszawskiej, powinny skłaniać do ostrożnej rozwagi. A jednak MEN, a przynajmniej dyrektor Departamentu Szkolnictwa Wyższego Tadeusz Popłonkowski i wiceminister Jerzy Zdrada, których podpisy widnieją pod większością korzystnych dla rektora WSM decyzji, okazali tu daleko idącą wyrozumiałość. Przykładem szczególnej przychylności ministerstwa może być fakt akceptowania kolejnych wersji statutów szkoły, każdorazowo przykrawanych pod potrzeby klanu Dawidziuków (oprócz seniora Stanisława w szkole udzielają się jego dwaj synowie: Andrzej i Radosław).

Nawet sprawa tzw. wydziałów zamiejscowych, prowadzonych wbrew obowiązującym regulacjom ustawowym, nie zmieniła stosunku resortu do praskiej uczelni. Ministerialna maszynka zacięła się trochę dopiero przed rokiem, gdy sytuacja szkoły i stowarzyszenia była mocno niejasna, a licencja na prowadzenie zajęć miała wygasnąć 5 lipca. Wobec silnych napięć, jakie zapanowały wówczas wśród społeczności studenckiej, senior rodu po pięciu latach rektorowania (rok jako p.o., plus 4 lata kadencji) wymyślił sobie nową funkcję. Tymczasem nowych, wybranych
na niestatutowym zjeździe władz SIG (ze starszym synem Andrzejem jako przewodniczącym) nie wpisano jeszcze w sądzie rejestrowym. Jednocześnie organ nadzorujący stowarzyszenie, a warto przypomnieć, że po reformie administracyjnej stało się tym organem starostwo powiatu warszawskiego, zabiegał o wzięcie „inicjatyw gospodarczych” Dawidziuków pod urzędową kuratelę. I właśnie wtedy ministerstwo odmówiło zatwierdzenia statutu, według którego mężem opatrznościowym szkoły zostałby kanclerz z ogromnymi uprawnieniami. Oczywiście, kanclerz Stanisław Dawidziuk.

Jak starostwo w sądach przegrywało

SIG zostało założone przez Dawidziuka w 1992 jako forma konsolidacji środowiska falenickich kupców. Nikt wtedy nie myślał o szkole wyższej. Po latach liczne sygnały o nieprawidłowościach, a zwłaszcza brak legalnych władz stowarzyszenia, które istnieje raczej „wirtualnie” (manipulacje listami członkowskimi i składem osobowym władz, kreowanie fikcyjnych lub niestatutowych zebrań, zjazdów i uchwał) niż realnie, skłoniły starostę Edmunda Ambroziaka do prób okiełznania arbitralnych poczynań rektora-prezesa Dawidziuka. W czerwcu 1999 kuratorem stowarzyszenia został Stanisław Wedler. Niestety, na krótko. Ekskurator wspominał, że podczas rozprawy
(20 sierpnia 1999) uchylającej decyzję o kurateli jako „obarczoną wadliwością”, pani sędzia wypowiedziała cierpką uwagę na temat sposobu prowadzenia SIG przez organ nadzorujący. Coś w tym musiało być: przy odwoływaniu się od decyzji uchylającej kuratelę Wedlera w starostwie pomylono sygnaturę sprawy, co skutkowało uprawomocnieniem się decyzji korzystnej dla Dawidziuka.

Jesień 1999 to cały festiwal niekonsekwentnych posunięć starostwa: składanie
i wycofywanie wniosków o kuratelę, pisemne (z 2 grudnia 1999) poświadczenie przez urząd, że prawomocność działań władz SIG nie budzi żadnych zastrzeżeń, co bardzo ułatwiło klanowi Dawidziuków walkę z oddziałami terenowymi stowarzyszenia
w Ostrołęce i Gdańsku. Pewien optymizm przyniosła dopiero wiosna roku 2000. Urząd nadzorujący zamówił ekspertyzę w jednej z czołowych stołecznych firm prawniczych. Wnioski płynące z opinii prawnej, pod którą podpisali się profesor Lech F. i adwokat Robert S., przesądzały sprawę: „niezbędnym jest złożenie wniosku o ustanowienie kuratora dla Stowarzyszenia Inicjatyw Gospodarczych w Warszawie”. Profesor F.,
który pojawił się na jednym z posiedzeń sądu, wygłosił bardzo efektowne przemówienie, na tyle wszakże lapidarne, iż nie wyczerpywało nawet całej zawartości wspomnianej wyżej ekspertyzy. Pełnomocnik strony przeciwnej mec. Surawski, który nie przedstawił właściwie żadnych istotnych kontrargumentów, nie wyglądał jednak na zmartwionego. I miał rację: sąd odrzucił wniosek starosty o ustanowienie kurateli.

Poproszony o wyjaśnienie zastanawiającego werdyktu prawnik-specjalista
od prawa o stowarzyszeniach tłumaczył, że sąd nie mógł podjąć innej decyzji. Samo naruszenie zasady kadencyjności i brak legalnych władz SIG – a w tym kierunku zmierzała klarowna argumentacja prof. F. – w świetle materii ustawy o stowarzyszeniach nie mogły stanowić wystarczającej przesłanki dla ustanowienia kurateli. Należało wykazać, że uchybienia formalne pozostają w związku z konkretnymi naruszeniami praw i interesów członków stowarzyszenia, że służą podejmowaniu konkretnych, niezgodnych z prawem działań. A tego właśnie – mimo obfitości materiału dostarczonego starostwu choćby przez Ewę Jarmołowicz z Gdańska,
prof. Władysława Kobylińskiego z Warszawy czy dr. Romana Gawrycha z Ostrołęki – zupełnie zaniedbano.

Dalej już poszło szybko. Sąd rejestrowy wciągnął do rejestru nowy zarząd, a MEN (decyzją z 4 lipca 2000) nie tylko przedłużyło wygasającą licencję do 30 września 2003 roku, ale także zezwoliło na „prowadzenie studiów magisterskich na kierunku «zarządzanie i marketing» w systemie studiów dziennych”. Zatrzymany w drodze do kanclerskiego stolca, doktor Dawidziuk dał się ponownie wybrać na rektora. Według informacji, jakich na zapytanie władz „zbuntowanych” oddziałów terenowych udzieliło ministerstwo, wybór miał zostać dokonany na posiedzeniu ZG SIG w czerwcu ub. r. Pozostaje to w sprzeczności z oświadczeniem Krzysztofa Sieka, członka zarządu stowarzyszenia, który twierdzi, że na tamtym posiedzeniu kwestia wyboru rektora
w ogóle nie była poruszana.

NIK kontra „menedżer opinii”

Z początkiem czerwca ub. r. NIK ogłosił wyniki kontroli wyższych szkół niepublicznych, kierując jednocześnie do prokuratury kilka wniosków o wszczęcie postępowania wyjaśniającego. Wśród placówek budzących niepokój inspektorów NIK, którzy nb. kontrolowali nie same szkoły, a jedynie ich zgromadzoną w MEN „dokumentację”, był i śródmiejski „Wańkowicz”, i praska WSM. Dla szkoły przy Nowym Świecie, której także zarzucono utworzenie wydziałów zamiejscowych, oznaczało to niemal błyskawiczną i dramatyczną w przebiegu „wymianę kierownictwa”,
przy której wydatną rolę odegrał wiceminister Jerzy Zdrada. A w sprawie szkoły przy Kawęczyńskiej?

W Prokuraturze Rejonowej Praga Północ wszystko potoczyło się zrazu...
bardzo dostojnie. Dopiero przyjście ministra Kaczyńskiego trochę zdynamizowało postępowanie. Zaczęto nawet mówić o szerokim wielowątkowym śledztwie, z udziałem Komendy Głównej Policji. Oczywiście, wyłącznie w sprawie, bez stawiania komukolwiek zarzutów. Wreszcie na wiosnę doszło do umorzenia, zakwestionowanego jednak przez Prokuraturę Okręgową. Ale rzecz najwidoczniej zmierza do umorzenia. Czy to znaczy, że NIK przesadził w swojej podejrzliwości wobec szkoły Dawidziuka? Czy raczej
– jak orzekł pragnący zachować anonimowość pracownik wymiaru sprawiedliwości – świadczy o tym, że kierownictwo WSM postępuje bardzo „inteligentnie”, obchodząc, falandyzując, wreszcie łamiąc prawo, tak aby „czyn nie wyczerpywał znamion przestępstwa”. Czy powolność działań praskiej prokuratury dowodzi jej staranności?
Czy też idzie po prostu o „przeczekanie” Kaczyńskiego, którego urzędowanie dobiega końca? A może jeszcze o coś innego?

Trzeba pamiętać, że Stanisław Dawidziuk doskonale opanował techniki neutralizacji przeciwnika. Nie tylko teoretycznie. Mogą coś o tym powiedzieć byli współpracownicy rektora. – Gdy ludzie rozpoznają motywy, którymi się kieruje, czyli pazerność na władzę i pieniądze, to zaczynają się buntować. Ale Dawidziuk nie znosi sprzeciwu, więc wciąż odbywa się szybka rotacja kadr. Oczywiście z wyjątkiem osób, pamiętających jego wyczyny na Politechnice, jak np. prof. Lidia Białoniowa, Zofia Kowalska czy Zygmunt Zawadzki – twierdzi prof. dr hab. Bolesław Rafał Kuc, który sam wytrzymał na Szmulkach jako dziekan prawie dwa lata.

Dwójka dziennikarzy, która swego czasu drukowała w Super Ekspresie sensacyjne materiały o rektorze z Kawęczyńskiej, od dawna już zniknęła z łamów tej żywiącej się przecież sensacją gazety. Wiosną zeszłego roku można było znaleźć tam
za to... płatne reklamy Wyższej Menedżerskiej. Zainteresowanie sprawą doktora-lektora (PZPR)-rektora straciło również Nie, które właściwie pierwsze go „napoczęło”. Takie wrażenie odniósł Stanisław Wiśniewski, syndyk firmy budowlanej „Start”
Sp. z o.o. w upadłości, który chciał dziennikarza stamtąd zainteresować faktem z pogranicza cudu i ezoteryki: otóż dwa inspektoraty nadzoru budowlanego (powiatowy i wojewódzki) zapewniały syndyka, że ich pracownicy widzieli dziennik budowy robót adaptacyjnych prowadzonych w należącym do WSM SIG w Warszawie budynku przy Kawęczyńskiej 36. A jednocześnie mgr inż. arch. Leszek Mroczyński, naczelnik Wydziału Architektury i Urbanistyki Urzędu Dzielnicy Praga Północ, powiadomił go pisemnie (UAN-7355/Nk-451/00), że ani nie posiada w/w dziennika budowy, ani go nie ostemplował. Co więcej, inwestor nawet nie wystąpił o pozwolenie na roboty adaptacyjne. Miejmy nadzieję, że przynajmniej sąd – przed którym syndyk reprezentuje interesy Janusza Kiczora, właściciela upadłej firmy – okaże więcej zrozumienia dla tego wątku sprawy,
jak i dla faktu, że dokumentacja budowlana powstawała sukcesywnie, w trakcie prowadzenia robót. Choć i tego „zrozumienia” trudno być pewnym, zważywszy że
w sekretariacie II Wydziału Cywilnego Sądu Okręgowego w Warszawie wisi na ścianie aktualny kalendarz WSM SIG. Menedżerowie wszystkich krajów...

„Tygodnik Solidarność” nr , z kwietnia 2001


Czytaj także: "Rektor Dyzma?"