Minął miesiąc od śmierci Jana Pawła II. Spróbujmy zdefiniować rzeczywistość medialno-polityczną, w jakiej wierni Kościoła katolickiego
w Polsce znajdują się wiosną roku Pańskiego 2005.

Kościół w krzywym zwierciadle

Odejście Jana Pawła II, pierwszego papieża epoki globalizmu, było niezwykłym wydarzeniem medialnym w skali całego świata. Czy media w Polsce potrafiły sprostać temu wyzwaniu? Owszem, podjęły taką próbę, ale o zadowalającym rezultacie tych wysiłków można mówić tylko w sensie ilościowym, a nie jakościowym.

Egzamin dojrzałości dla mediów

Zaraz – powie ktoś – przecież Episkopat właśnie do ludzi mediów wystosował specjalne podziękowanie za uczestnictwo i relacjonowanie zarówno narodowych rekolekcji, jak i wszystkich ważnych wydarzeń ze Stolicy Apostolskiej. To prawda, trzeba jednak pamiętać, że biskupi katoliccy praktykują po prostu zasady kurtuazji oraz jednostronne przyjazne gesty. Potrafią też docenić sam fakt okazania dobrej woli czy podjęcia starań, choćby ich realizacja udawała się tak sobie.

Pamiętne dni kwietniowe obnażyły przede wszystkim ogrom niewiedzy o Kościele i wierze katolickiej u prezenterów, reporterów, specjalnych wysłanników, ale również redaktorów telewizyjnych programów informacyjnych. A mowa tu o mediach w kraju o ogromnej przewadze katolików i o rozeznaniu na poziomie elementarnym, nie o jakichś subtelnościach teologicznych, z którymi radzi sobie jedynie Benedykt XVI. Piotr Kraśko, awansowany w TVP na głównego eksperta watykańskiego, przez dziesięć dni nie skorygował wypowiadanej wciąż z niezmąconym spokojem frazy o „Kongregacji Nauki i Wiary”.

Rozumiem, że wnuk komunisty Wincentego jest przywiązany do marksistowskich klisz językowych w rodzaju: „filozofia i religia”, „nauka i światopogląd”, odwzorowujących ostry podział między naukowymi a nienaukowymi formami świadomości społecznej, więc do głowy by mu nie przyszło, że domeną kardynała Ratzingera jako prefekta Kongregacji Nauki Wiary (bez i!) była troska o zachowanie doktrynalnej czystości depozytu Objawienia, czyli dbałość o prawowierną jego wykładnię i zgodne z nią nauczanie. Swój brak orientacji „w tym temacie” Kraśko nadrabiał przynajmniej pewną elegancją przekazu oraz osobistą kindersztubą, czego o wielu innych sprawozdawcach z Watykanu powiedzieć się nie da.

Trudno jednak pojąć, dlaczego nikt z redaktorów telewizji publicznej, choćby Iwona Schymalla ze studia programów katolickich, nie zasygnalizował dziennikarzowi konsekwentnie ponawianej przez niego gafy. Być może błąd byłoby łatwiej wychwycić komuś z zapraszanych do studia gości, niestety, ich dobór pozostawiał sporo do życzenia. Przy papieżu próbowali się ogrzać bardzo różni ludzie. Zamiast kompetentnych osób duchownych widywało się najczęściej (i niestety również słyszało) przedstawicieli klasy politycznej oraz tzw. uczonych telewizyjnych gotowych zabrać głos na dowolny temat.

Rodzimi watykaniści

Watykaniście z kucykiem, czyli Adamowi Szostkiewiczowi, dawniej Tygodnik Powszechny, dziś Polityka, zachęcanie telewidzów do głębszej penetracji tajemnic wiary katolickiej niezbyt się udawało. Z kolei Ireneusz Krzemiński wprawdzie bardzo poetycko przemówił o Janie Pawle II na zakończenie Pulsu Wieczoru, ale wcześniej skonstatował, że (według znanych mu badań) przeszło 50 proc. polskich księży to antysemici! Znany socjolog wyznał również na wizji, że on jako katolik z różnymi poglądami papieża-Polaka po prostu się nie zgadza. Niestety, dociekliwy zwykle redaktor Sobala tym razem nie zapytał nawet o protokół rozbieżności.

Inny uczony z katolickiego uniwersytetu głównie deliberował, czy ma jechać do Watykanu, czy nie. I choć poza tę perspektywę refleksji właściwie nie wyszedł, był jednym z częściej zapraszanych ekspertów. Ostatecznie, chyba nie wyjechał, bo wczesnym piątkowym popołudniem, tuż po zakończeniu transmisji z Placu Świętego Piotra, spacerował z psem po stołecznym placu Piłsudskiego, obserwując powoli rozchodzących się ludzi wszystkich pokoleń, zawodów i stanów, którzy bardziej niż siedzieć w domu przed telewizorem woleli wziąć udział w uroczystościach pogrzebowych Ojca Świętego w bliskości z innymi. Z tymi, którzy równie mocno jak oni przeżywali to rozstanie.

Technogadżety zamiast biskupów?

Postrzeganie Kościoła w kategoriach czysto socjologicznych lub politologicznych, a więc poza perspektywą wiary, charakterystyczne dla ideologicznych czasów PRL, obowiązuje nadal w mediach III RP. W kwietniu 2005, zaraz po śmierci papieża, pojawiły się dość czytelne próby kreowania quasipolitycznych podziałów w Episkopacie. Takie pokusy nie omijają nawet publicystów nominalnie życzliwych katolicyzmowi.

Np. Szymon Hołownia, z Ozonu – sygnalizując pewien kryzys przywództwa w KEP – lansuje tezę, że „Kościół powinni «robić» wierni ze swoim lokalnym biskupem”. Można by się nawet z nim zgodzić, ale tylko do chwili, w której były publicysta Newsweeka zaczyna dowodzić wyższości np. metropolity krakowskiego nad prymasem Glempem. Owszem, kardynał Macharski ma swoje zalety, ale upieranie się przy swoistym rankingu mniej lub bardziej „przyjaznych wiernym” biskupów może prowadzić do zanegowania rzymskiego centralizmu, a w konsekwencji do rozbicia lokalnego Kościoła krajowego na „niezależne od siebie” mini-Kościoły, według wzorca od dawna przećwiczonego w protestantyzmie.

Mocny atak mediów na prymasa Glempa potwierdza przypuszczenie, że ich zachwyty nad Janem Pawłem II mają w znacznej mierze wyłącznie taktyczny charakter. Edwin Bendyk, publicysta Polityki, tym razem w specjalistycznym piśmie komputerowym, z zapałem godnym lepszej sprawy podkreśla samowystarczalność „inteligentnego, samotnego tłumu” wyznawców. Po cóż dziś katolikom pasywni – jego zdaniem – hierarchowie, skoro wierni (jak to miało miejsce w Warszawie czy na krakowskich Błoniach) sami potrafią się zwołać dzięki SMS-om oraz e-mailom.

Abp. Michalika media zignorowały

Bendyk nie dodaje jednak, choć dobrze o tym wie, że efektem użycia nowoczesnych środków łączności bywa raczej smart mob (dosł. – inteligentny tłum), czyli „skrzyknięcie się rezolutnych” niż zgromadzenie braci w wierze. Natomiast fakt, że np. w Krakowie milion ludzi zebrało się i rozeszło w spokoju bez przygotowań i udziału państwowo-kościelnych organizatorów dowodzi czegoś zgoła innego niż trwałej już odtąd samowystarczalności wiernych.

Wspomniany wcześniej Hołownia przypomina zresztą, że właśnie SMS-owym łańcuszkiem – niezbyt w tym przypadku świętego – Antoniego odbywał się kolportaż niewybrednych żartów z Księdza Prymasa. W mediach, niestety również z udziałem osób duchownych, kardynała Glempa atakowano za zbyt późny powrót z Argentyny. Ciekawe jednak, że ci sami, którzy podkreślali dojmujące poczucie braku zwierzchnika w trudnych dla Kościoła chwilach, nie szukali kontaktu z abp. Józefem Michalikiem. Choć to właśnie metropolita przemyski, przewodniczący Konferencji Episkopatu – a nie tytularny już tylko prymas Glemp – jest teraz Głową Kościoła katolickiego w Polsce. Dlatego można powątpiewać w szczerość deklarowanych nieraz głośno intencji.

Zamartwiacze

Refleksję nad kondycją Kościoła katolickiego w Polsce zdominowali ostatnio różni „zamartwiacze”. Tenor ich diagnozy jest dość ponury. „Polacy kochali papieża, ale go nie słuchali”. „Mimo upływu 26 lat polscy hierarchowie nie podjęli merytorycznej dyskusji nad przesłaniem papieskiego nauczania”. „Czy ten poryw kwietniowych dni 2005 roku nie zostanie aby zmarnowany?”. Pomijając już zasadność formułowania twierdzeń tak ogólnych, zastanawiam się tylko nad źródłem dobrego samopoczucia osób, które – choć osobiście od katolicyzmu często bardzo oddalone – czują się w prawie, aby z zatroskaną miną wygłaszać bezpardonowe osądy i połajanki.

„Tygodnik Solidarność” nr 19, z maja 2005