Przemoc jest pokazywana w mediach bez ograniczeń. Jest wręcz promowana jako sposób na życie, na osiągnięcie sukcesu, na podporządkowanie sobie innych ludzi. Wiadomo, że obcowanie z obrazami przemocy, okrucieństwa i wulgarności prowadzi do bardzo szkodliwych zmian w psychice dziecka. A ponieważ obecny stan prawny uniemożliwia praktyczną ochronę dzieci, dlatego powstał obywatelski, a właściwie rodzicielski projekt ustawy w tej sprawie – mówiła 9 stycznia br. na posiedzeniu Sejmu IV kadencji Lucyna Podhalicz, pełnomocnik Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej.

Dobre prawo rodziców

Jej wystąpienie skomplementował prowadzący obrady wicemarszałek Tomasz Nałęcz, który podkreślił zarówno poszanowanie regulaminu, jak i swadę, z jaką przemyska dziennikarka, a jednocześnie matka dwojga synów przedstawiła uzasadnienie społecznego projektu ustawy, zmierzającej do wprowadzenia dotkliwych kar dla nadawców, producentów i wydawców treści zagrażających prawidłowemu rozwojowi emocjonalnemu, psychicznemu oraz fizycznemu dzieci i młodzieży. Ale przebieg debaty dowiódł, że spośród 460 posłów obecnej kadencji niełatwo będzie uformować większość zdolną doprowadzić proces legislacyjny do pożądanego przez wnioskodawców finału.

Impulsem, który uruchomił tę niecodzienną inicjatywę obywatelską było agresywne zachowanie sześciolatka. Gdy mały Lech, rozgniewany koniecznością przerwania gry komputerowej, pierwszy raz w życiu uderzył swą matkę, w Lucynie Podhalicz coś się przełamało. Uznała, że trzeba zacząć działać. Wkrótce przekonała się, że rodziców, podobnie jak ona, zaniepokojonych rosnącą brutalizacją adresowanego do dzieci i młodzieży przekazu medialnego, podobnie jak ona odmawiających zgody na lawinę drastycznych bodźców, które niemal zewsząd – reklamy, billboardy, gry komputerowe, gadżety, Internet – poddają niszczącej traumie dziecięcą wrażliwość ich potomstwa, jest już naprawdę niemało.

Rodzice, widząc jak łatwo dzieci wchodzą w role telewizyjnych idoli, jak prędko uczą się agresywnych zachowań od bohaterów okrutnych japońskich kreskówek, zaczęli szukać sposobu powstrzymania pochodu negatywnych wzorców. W sukurs przyszli im ludzie nauki. Ani dr Małgorzata Sitarczyk, psycholog z UMCS, ani dr Elżbieta Zubrzycka, psycholog z UG, ani dr Lucyna Kirwil, z Instytutu Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji UW nie mają wątpliwości, że prezentacja przemocy w mediach negatywnie wpływa na zachowania oraz postawy dzieci i młodzieży. Z kolei fatalnego wpływu gier komputerowych, nafaszerowanych okrucieństwem i lansujących strategię sukcesu według formuły „zabij i wygraj”, dowodzą wyniki pionierskich badań prof. Marii Braun-Gałkowskiej z KUL. I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu swoje pełne przyzwolenie na destrukcyjne, kontrkulturowe śmieci w przestrzeni publicznej nasi „programowo otwarci” politycy uzasadniali twierdzeniem, że przecież nie istnieją badania, które dowodziłyby przyczynowo-skutkowych związków między „przyswajaniem” patologicznych wzorców z dużego czy małego ekranu a wzrostem skłonności do zachowań agresywnych czy wręcz zbrodniczych.

Obywatele przeciwko deprawacji

Lucyna Podhalicz szukała początkowo szybszej ścieżki legislacyjnej. Sądziła, że łatwiej będzie namówić do podjęcia inicjatywy w oczywistej i słusznej sprawie 15 posłów niż zgromadzić wymagane ustawowo 100 tysięcy podpisów. Pomyliła się. Członek KRRiT Jarosław Sellin, który dość dobrze poznał fenomen braku woli politycznej wśród naszych parlamentarzystów, uważa, iż taka oddolna inicjatywa może się powieść, choćby dlatego, że wzięły się za to matki zaniepokojone ofertą medialną, jaka trafia do ich dzieci.

Wszystko zaczęło się w Przemyślu, ale gdy akcja na dobre ruszyła, ogólnopolski potencjał energii społecznej okazał się naprawdę znaczący. Mimo wakacyjnej, a więc niezbyt sprzyjającej pory Komitet Inicjatywy Ustawodawczej w określonym ustawą trzymiesięcznym terminie zebrał – od 15 maja do 14 sierpnia 2001 – aż 160 tysięcy podpisów od osób, które zdecydowały się poprzeć obywatelski projekt ustawy „o zakazie promowania przemocy w środkach masowego przekazu”. Ciekawy jest geograficzny rozkład tego poparcia: po około 30 tys. podpisów zebrano na Podkarpaciu, w Małopolsce i Wielkopolsce. 20 tys. osób poparło inicjatywę za pośrednictwem Internetu, sporo deklaracji na kuponach wyciętych z gazet przyszło pocztą. Do akcji włączyły się częstochowska Niedziela i Głos Wielkopolski. Medialny patronat objęły lokalne Życie Podkarpackie, regionalny dziennik Nowiny, a także tygodnik Nowe Państwo. Wielki wkład w akcję zbierania podpisów mają też lokalne rozgłośnie radiowe. Powstały zamiejscowe biura Komitetu w Krakowie, Poznaniu i Warszawie, nieco później w Ożarowie Mazowieckim.

W Przemyślu Komitet zyskał poparcie władz lokalnych i powiatowych, policji, kuratorium, miejscowej komendy ZHP. Akcję poparli hierarchowie Kościoła katolickiego: ordynariusz przemyski arcybiskup Józef Michalik i biskup Kazimierz Nycz z Krakowa. Przy zbieraniu podpisów pomagali harcerze z Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej. Medialną pomoc zadeklarowała Telewizja Puls. Podpisy zbierano: w przedszkolach, szkołach, w instytucjach państwowych (policja, urzędy administracji samorządowej i państwowej), przy stolikach ustawionych w miejscach publicznych, przed kościołami archidiecezji przemyskiej, krakowskiej i poznańskiej, a także poprzez struktury różnych fundacji, organizacji oraz stowarzyszeń.

14 sierpnia ub. r. Komitet przedłożył zebrane podpisy marszałkowi Płażyńskiemu, ale nie spoczął na laurach. Trud rozmów w sprawie utworzenia Komitetu Honorowego wzięła na siebie Elżbieta Błońska-Grzesiak. Do słusznej sprawy zgłosiło akces wiele znanych osób. Wśród nich: Henryk Mikołaj Górecki, Krzysztof Zanussi, prof. Stefan Stuligrosz, prof. Maria Braun-Gałkowska, prof. Tomasz Strzembosz, prof. Jerzy Wyrozumski, o. Jan Góra OP, Krystyna Mokrosińska, Anatol Arciuch, Cezary Michalski i Jarosław Sellin. To, jak i pytania skierowane w podczas kampanii wyborczej do głównych sił politycznych, do ich przywódców i koalicyjnych komitetów wyborczych – pozwalają orzec, iż inicjatorzy ustawy o zakazie promocji przemocy w mediach nie stronili od profesjonalnych form lobbingu.

Rachuby liberalnych polityków...

Pierwsze czytanie projektu ustawy podczas posiedzenia Sejmu 9 stycznia br. pokazuje, że społeczna próba ustanowienia w naszym kraju takich uregulowań prawnych, które chroniłyby dzieci i młodzież przed kontaktem z elementami przemocy, wulgarności i strywializowanej seksualności, „mogącymi zagrażać ich psychicznemu lub fizycznemu rozwojowi, bądź wpływać w sposób szkodliwy na ich postawę moralną, a także rozumienie zjawisk społecznych i duchowych” – napotka na zdecydowany, choć częściowo kamuflowany opór. Trzeba przecież pamiętać, że lobbing rodziców zatroskanych o ochronę dzieci przed deprawacją napotka antylobing producentów gier, filmów, reklam, gadżetów (CD, DVD itp.), oraz wydawców pisemek „młodzieżowych” w rodzaju Bravo Girl czy Popcorn, walczących o swoje, ogromne przecież zyski.

W imieniu klubu parlamentarnego SLD głos w debacie zabrał poseł Gadzinowski, co najlepiej świadczy o „powadze”, z jaką postkomuniści traktują inicjatywę Komitetu. W jego wypowiedzi pojawił się cały repertuar lewicowej obstrukcji: z kwestionowaniem definicji, straszeniem cenzurą i wyrażaniem obaw o zagrożoną swobodę wypowiedzi artystycznej, a nawet osobistą wolność twórców. Przy okazji, Gadzinowski wygłosił swoje życiowe credo: „Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Przemoc, seksualność, wulgarność to fragment naszej kultury od zarania dziejów na tym najlepszym ze światów”.

Projekt skrytykowała też posłanka Danuta Polak z Unii Pracy. Jej zdaniem, projekt ustawy nie pozwala precyzyjnie zdefiniować przemocy, natomiast każdą próbę zakazu (w projekcie jest ich 16) należy rozumieć jako formę cenzury, co oczywiście „byłoby sprzeczne z zasadami demokracji i przyczyniłoby się do rozwoju podziemia”. No cóż, zamazywanie różnic to chroniczna przypadłość na lewicy. Owszem, cenzura polityczna dławiąca wolność myśli i artykulacji poglądów była niewątpliwie złem, ale chroniąca przed upadkiem moralności cenzura obyczajowa jest czymś po prostu niezbędnym. Czyżby w UP o tym nie wiedzieli? Czyżby nie zauważyli, że cenzura, choć w niezinstytucjonalizowanej formie, istnieje nadal i ma się całkiem dobrze?

Reprezentująca rząd Aleksandra Jakubowska była zdania, że liberalne w sferze wartości ustawodawstwo powinno wspierać nadawców i producentów, podczas gdy rodzice – jeśli im na tym zależy – muszą się trochę pomęczyć, wychowując dziecko wbrew natrętnie promowanym przez pop-kulturę antywartościom. Oświadczyła też, że „rząd podziela opinie przedstawione tu już przez pana posła Gadzinowskiego” w sprawie niejasnych definicji.

...czy interes naszych dzieci?

Warto zwrócić uwagę na wystąpienie prof. Andrzeja Zolla, który zdecydowanie ripostował Gadzinowskiemu, wyrażając ubolewanie, że istniejące u nas normy prawne właściwie nie przewidują sankcji za demoralizację młodzieży przez nadawców, wydawców czy producentów. – Brak reakcji powoduje, że przyzwyczajamy się do scen przemocy i okrucieństwa, traktując jako normę te treści, które jeszcze całkiem niedawno byłyby uznane za nie do pogodzenia z polską obyczajowością i z powszechnie akceptowanymi normami moralnymi. Uważam, że przemoc, wulgarność i obsceniczność nie są elementami naszej kultury, a w każdym razie nie chciałbym, aby nimi były – mówił rzecznik. Prof. Zoll dodał, że „inicjatywa obywatelska zmierzająca do ochrony młodzieży przed negatywnym działaniem mediów zasługuje na najwyższy szacunek”. Dlatego, jego zdaniem, warto usunąć z projektu mankamenty prawne, tak aby nie zmarnować tej legislacyjnej okazji.

Lucyna Podhalicz nie była zdziwiona krytyką , gdyż wie, że projekt ma usterki. Ułomne, nie uwzględniające specyfiku polskiego rynku, przepisy ustawy o wykonywaniu inicjatywy ustawodawczej przez obywateli (z czerwca 1999) spowodowały, że pisali go sami, właściwie bez zaplecza prawnego. Bez sponsorów trudno o dobrego prawnika, a im udało się zebrać zaledwie 10 tys. PLN. Ale wierzy, a wraz z nią cały Komitet, że ten parlament, który skierował ustawę do obróbki w aż trzech komisjach, ostatecznie przychyli się do woli rodziców i uchwali ustawę w udoskonalonym kształcie.

– Dzięki Komitetowi rozpoczęła się publiczna dyskusja nt. obecności przemocy w mediach. Proszę zwrócić uwagę, że żaden klub parlamentarny nie odważył się, choćby ze względów koniunkturalnych, odrzucić w pierwszym czytaniu inicjatywy, którą poparło swymi podpisami aż 160 tysięcy obywateli przejętych losem młodego pokolenia – mówi Jarosław Sellin. Jego zdaniem, jeśli nawet nie uda się wypracować i uchwalić osobnej ustawy o walce z przemocą w mediach, zresztą mediach szeroko pojętych, z Internetem, rynkiem gier komputerowych i reklam włącznie, to przecież pewne istotne treści ze społecznego projektu zawsze można przenieść do nowelizowanej właśnie ustawy o radiofonii i telewizji, a inne – ewentualnie do kodeksu karnego.

„Tygodnik Solidarność” nr , z stycznia 2002