strona główna arrow publicystyka arrow Kościół, media, rząd dusz arrow "Przebaczliwość" księdza Lutra

Pod koniec września br. w ramach artyleryjskiego przygotowania pod literacką nagrodę Nike dla ignorującej fakty, jawnie niesprawiedliwej w ocenach i w rezultacie antypolskiej książki Jana Tomasza Grossa, w Gazecie Wyborczej opublikowano tekst Tadeusza Słobodzianka „Historia się skończyła”. I choć motywy tej publikacji są całkowicie czytelne, to jednak może dziwić fakt osłabienia „redaktorskiej intuicji” naczelnego. Tekst zdumiał bowiem i oburzył nawet ludzi przyzwyczajonych już do niehonorowania w „GW” standardów przyzwoitości. A przecież wszystko było tak dobrze pomyślane...

„Przebaczliwość” księdza Lutra

Zewnętrzna forma wynurzeń Słobodzianka sugerowałaby, że są to zapiski czynione na gorąco, rodzaj prywatnego dziennika, w którym autor – dramaturg, reżyser, człowiek teatru – zmaga się z natrętną i skrzeczącą polską codziennością. Takie notatki mogą być bardzo użyteczne: usprawiedliwiają ponadprzeciętny poziom emocji, niedopuszczalną w innym przypadku ekspresję, a zwłaszcza zawężenie perspektywy poznawczej. Wybuchy świętego oburzenia jako uzasadnienie uproszczonych interpretacji. Pozornie przypadkowe wątki, w rodzaju „dzieci księdza z gospodynią”. Wreszcie bezinteresowność narracji, która uwiarygodnia „naturalną” ewolucję postawy. Od sygnalizowanego znużenia tematem i dystansu do sprawy: „No nie. Znowu. (...) Po co? Jak długo? Co można nowego jeszcze powiedzieć po „Miejscu urodzenia” Łozińskiego...” – aż po finalną konkluzję-olśnienie: „Dla mnie «Sąsiedzi» to najważniejsza polska książka od wielu, wielu lat...”.

Trzeba przyznać, że literacko zręczny tekst Słobodzianka to istny majstersztyk, jeśli idzie o sterowanie emocjami odbiorcy. Założono reakcję typu: „Owszem, autor bluzga, wypowiada złe słowa, może trochę przesadza, ale co do meritum ma bez wątpienia rację. Zresztą wszystko to płynie wprost z trzewi, jest autentyczne i uzasadnione rozmiarem oraz okropieństwem zbrodni”. Miało to zapewnić wysoką celność „czytelniczego rażenia”. I z pewnością zadziałało. Zwłaszcza w przypadku czytelników nie obeznanych z technikami pisarskimi, gdyż ludzie pióra – o czym najlepiej świadczą ich reakcje – nie dali się nabrać na rzekomą spontaniczność tekstu.

Być może nie jest aż tak dobrze. Oto na odsiecz Słobodziankowi ruszył ks. Andrzej Luter, który – nazwawszy jego tekst pamfletem, choć to w istocie zwykły paszkwil – w odpowiedzi zadeklarował: „ Nie podejmę polemiki, bo nie rozumiem i nie wiem, jakie – być może osobiste – przeżycia doprowadziły wybitnego dramaturga do tak krzywdzących uogólnień”. Tymczasem wybitny dramaturg rąbie mocno, na oślep, bez różnicowania, wskazując m. in. na „zło w sutannach”. Co dziwniejsze, właśnie z tym bolesnym dla siebie i odczuwanym jako wysoce krzywdzące sformułowaniem ks. Luter wcale nie zamierza polemizować ze względu na ewentualne osobiste przeżycia dramaturga. Pytanie tylko, w imię czego wolno rezygnować z krytyki „krzywdzących uogólnień”? Znaczyłoby to bowiem, że ofiara ma prawo krzywdzić innych. Słobodzianek poza dobrem i złem? Dziwna to etyka, gdyż według chrześcijańskiej – nawet realne, a cóż dopiero domniemane „przeżycia” nie zwalniają nikogo z obowiązku zadośćczynienia prawdzie i sprawiedliwości.

Ks. Luter jest polemistą „spolegliwym”, przynajmniej wobec Słobodzianka, bo innym przy okazji nieźle się obrywa. Gwałtowne, napastliwe słowa, niesprawiedliwe tezy, a także wspomniane wcześniej krzywdzące uogólnienia – u innych naganne – Słobodziankowi ksiądz-polemista niezmordowanie wybacza. A jeśli zdarzy się już passus w rodzaju: „W Jedwabnem polscy katolicy mordowali polskich Żydów. Może odtąd słowo «katolik» należałoby pisać dużą literą? Jak «Żyd». «Katolik» na cześć Jedwabnego?” – to winny jest oczywiście... Nasz Dziennik, którego retorykę i styl (zdaniem czułego polemisty, nieświadomie) podejmuje Słobodzianek. Jeśli „wybitny dramaturg” pisze: „senator Czuba Zawsze Dziewica”, to – w optyce księdza Lutra – winę za to ponosi oczywiście Radio Maryja, które „tego sformułowania nadużywa”. A przecież – tu pojawia się ton delikatnej przygany – autor „Proroka Ilji” „powinien wiedzieć, że używanie słów «Zawsze Dziewica» jako epitetu może obrażać uczucia religijne wielu ludzi”. Charakterystyczne, że ks. Luter w ogóle nie wspomina o tym, że szydercze naigrawanie się ze związanego z tajemnicą Wcielenia atrybutu Bożej Rodzicielki może również nie spodobać się Jedynemu Bogu.

Łatwo się domyślić, że dla tego księdza-polemisty „bardzo ważną cząstkę Kościoła” stanowią Więź, Znak oraz Tygodnik Powszechny. Ale są też, jego zdaniem, „media katolickie, które na zbrodnię w Jedwabnem zareagowały haniebnie i nieewangelicznie”, a ich „postawa nie nic wspólnego z chrześcijaństwem i nie ma dla niej usprawiedliwienia”. Na czym nieewangeliczność ich postawy miałaby polegać – ks. Luter jednak nie precyzuje. Dopowiedzmy zatem, że w istocie nie było w mediach katolickich żadnej różnicy w ocenie samej zbrodni. Natomiast różniły się one między sobą gotowością do przyjęcia oskarżeń niezgodnych z dotychczasowymi ustaleniami, a także z wyprzedzającymi wyniki śledztwa IPN próbami przesunięcia całkowitej odpowiedzialności za śmierć jedwabińskich Żydów z realizujących program zagłady niemieckich grup specjalnych na ówczesnych i obecnych mieszkańców Jedwabnego, a w konsekwencji na cały naród polski. Dokonawszy wiadomego podziału na Kościół «Be» i Kościół «Cacy», ks. Luter zaczął szukać punktów wspólnych ze Słobodziankiem. I znalazł, co nie powinno dziwić, zważywszy że mamy do czynienia z osobą duchowną, która przepełniona dobrą wolą, chce w „zajadłym i nietolerancyjnym antykatolicyzmie” ujrzeć jedynie „bezlitosny i brutalny antyklerykalizm”. Tak zresztą jakby ten już w pełni zasługiwał na akceptację.

Zastanawia otwartość osoby duchownej, która „w dotykaniu do bólu polskich sumień” widzi walor spektakli Słobodzianka. „Być może czasami robi to niesprawiedliwie, ale jest artystą, nie historykiem” – brzmi uzasadnienie. To również ciekawa doktryna. Czy mam rozumieć, że w Kościele księdza Lutra artystom wolno więcej niż maluczkim? Czy naprawdę artystom wolno się „czasami” nie przejmować prawdą historyczną? Tej swojej pobłażliwości polemista Słobodzianka nie rozciąga jednak na inne osoby dramatu. Np. na współczesnych Jedwabian, których drapieżny portret „pamflecista” kreśli tak: „kraciaste marynary, kolorowe krawaty, złote zęby, zabójcze baki i grzywki”. Emocjonalne i – jeśli dobrze rozumiem – też „czasami niesprawiedliwe” zachowania prostych ludzi z Jedwabnego na spotkaniach autorskich Grossa nazywa ksiądz „głupotą, ciemnotą i ksenofobią”. W tej negatywnej ocenie zawiera się imperatyw zmiany postępowania. Więc jak to jest? Od nich żądamy rozeznania i poprawy, a „postać znaczącą na polskiej mapie intelektualnej” już od ćwierćwiecza mamy z tych wymagań zwolnić? Skąd ten pomysł zastosowania podwójnych standardów? Ani to rozsądne, ani sprawiedliwe. I niezbyt katolickie.

Dziwne są też przeoczenia księdza Lutra. Wyliczając różne „oczywiste fałsze, niedopuszczalne nawet w pamflecie”, nie zauważa jednak potężnego ładunku nienawiści, która wprost wylewa się z tego tekstu. Sformułowania w rodzaju: „W Radyju odprawiają sabat dwie wdowy po Bolku Piaseckim (ulubionym katoliku gen. Sierowa), obecnie przytulane przez ojca Tadeusza (najzdolniejszego ucznia mistrza radia wszech czasów dr. Goebbelsa): prof. Bender i prof. Nowak. Kto im wręczał te profesury z antysemityzmu? Lechu?” – woli nazwać „reakcją pełną pasji i emocji”. Ale zaraz też dorzuci dociekliwie, że „Bender i Nowak byli profesorami już za PRL-u i doskonale znajdowali się w tamtej rzeczywistości”. Czyżby ksiądz Luter nie wiedział, że doskonale radził sobie również w Polsce Ludowej niewiele ponad 20 wiosen liczący Tadeusz Słobodzianek. No, jednak wie, bo przecież pięć akapitów wstecz sam napisał: „Słobodzianek to autor bardzo ważny dla mnie. Pamiętam jego recenzje teatralne, które pisał dla Polityki w latach 70. pod pseudonimem Jan Koniecpolski”. W tak młodym wieku pisać do trendowego i kultowego na wschód od Łaby tygodnika to był większy zaszczyt niż profesura. Profesorów, nawet belwederskich, było znacznie więcej niż recenzentów teatralnych u Mieczysława F. Rakowskiego. Czy zatem przesadą byłoby stwierdzić, że Słobodzianek umościł tam sobie całkiem prestiżowe gniazdko?

W odniesieniu do „wybitnego dramaturga” ksiądz Luter uznałby chyba to za sformułowanie nie fair. U podstaw jego polemiki najwyraźniej leży przeświadczenie, iż o tym, co istotne dla Kościoła katolickiego w Polsce decydują stosunki polsko-żydowskie, a raczej żydowsko-polskie. Z niejasnych dla mnie powodów ów spolegliwy polemista jest gotów wybaczyć Słobodziankowi wszystko: sączony jad, niesprawiedliwe oceny, wreszcie dość oczywisty antypolonizm. Tymczasem fakty z grubsza można uporządkować następująco: w roku 1968 Słobodzianek miał zaledwie trzynaście lat. Był zbyt niedorosły na „marcowe migdały”. Jednak mimo braku „osobistych przeżyć” napisał „Obywatela Pekosiewicza”, jedną z najciekawszych – według księdza Lutra – analiz Marca ’68. Najpierw był hołubiony przez Politykę, potem wraz z teatrem Wierszalin, który współtworzył, był „dotowany” przez ministerstwo kultury. Wreszcie w III RP „wybitny dramaturg” ujawnił jakieś głębokie antypolskie i antykatolickie resentymenty. Z przejawianą przez siebie wściekłością rewolucyjną Słobodzianek z pewnością czułby się lepiej na Kubie niż w Polsce, ale to już nie nasz problem. O wiele ciekawsze wydają się natomiast motywy zdumiewającego wręcz rozchwiania ocen w widzeniu księdza Lutra.

„Tygodnik Solidarność” nr 47, z listopada 2001