Media, które w PRL przede wszystkim „realizowały wytyczne jedynie słusznej linii partii”, w III RP też nie podjęły funkcji wyrażania, a tym bardziej – odpowiedzialnego współkształtowania opinii publicznej. Toteż znacznie częściej niż narzędzie kontroli społecznej przypominają dziś one piórko flaminga, po które patrycjusz rzymski sięgał w womitorium.

Festiwal zachowań niegodnych

Tam, gdzie zbiorowy rozsądek oraz instynkt samozachowawczy nadal jeszcze dochodzą do głosu, wyrazicielem opinii publicznej i czynnikiem społecznej samoregulacji są zwykle media. Stanowiąc rodzaj współczesnego pręgierza, dziś już o zasięgu globalnym, funkcjonują w istocie jako narzędzie tradycyjnej kontroli społecznej. Oczywiście pod warunkiem, że próbują rzetelnie, bez tematów tabu, oddać prawdziwy stan rzeczy i stać się przestrzenią uczciwej debaty społecznej.

Pręgierz czy wyborcza trampolina?

Trzeba stwierdzić, że na tle „średniej światowej” nasze media nie wypadają korzystnie. Zamiast pełnić funkcję kontrolną, „przesiewową”, zamiast odzwierciedlać realne zróżnicowanie opinii publicznej, stały się raczej narzędziem „urabiania elektoratu” podług życzenia politycznych dysponentów. Dlatego właśnie w krajowych mediach elektronicznych praktycznie niemal nie słychać głosu środowisk katolickich, niepodległościowych bądź eurosceptycznych. Dlatego też po 23 września br. media w zasadzie nie podjęły problemu ogromnej liczby głosów nieważnych w wyborach do Sejmu, było nie było – pół miliona „pomyłek”! Zdumiewa brak publicznej analizy przepisów ordynacji wyborczej pod kątem „łatwości unieważniania” (przez dopisanie dodatkowego krzyżyka) głosów w wyborach do izby niższej, jak również możliwości „dowaloryzowania” kart wyborczych do Senatu kolejnymi iksami, jeśli wyborca zagłosował poniżej przewidzianej w danym okręgu puli miejsc. Prawidłowy przebieg wyborów? Nic to, gdy uwagę odbiorców trzeba zaprzątnąć np. nieustającą lepperiadą.

Konsekwencje tego stanu rzeczy są bolesne i czytelne: jako zbiorowość przestaliśmy się czegokolwiek wstydzić. Z przestrzeni publicznej wyparowała kategoria honoru. Zanikła też sankcja ostracyzmu towarzyskiego. A skoro nic nie hańbi, to na wszystko można się poważyć. Dopuszczalne są wulgaryzmy i obscena – wystarczy posłuchać nastolatków w autobusie czy tramwaju. Dopuszczalne jest ignorowanie logiki, moralności i dobrego smaku – wystarczy poczytać Gazetę Wyborczą. Dopuszczalne są wszelkiego rodzaju prowokacje obyczajowe, bluźnierstwa oraz zwyczajne świętokradztwo – wystarczy otrzeć się o tzw. światek artystyczny.

Tę diagnozę potwierdza jakość naszej sceny politycznej. W tzw. świecie cywilizowanym udział osoby publicznej w skandalu czy aferze przekreśla jej dalszą karierę, podczas gdy u nas nie dyskwalifikują już ani zachowania naganne, ani nawet kryminalne. Gdyby było inaczej, to ktoś wielokrotnie przyłapany na kłamstwie i skłonny do czynów bulwersujących nie zostałby wybrany głową państwa, tylko dlatego że „sympatycznie wypada” w kontrolowanej przez siebie telewizji. Gdyby było inaczej, to godność wicemarszałka Sejmu nie przypadłaby komuś, wobec kogo toczy się właśnie postępowanie sądowe. Ale cóż, taki marszałek, jaka izba: poseł-kierowca po pijaku, posłanka-fałszerz, poseł-dłużnik, posłowie-tajni agenci, poseł-skandalista.

Gdyby Polska była Polską...

A gdyby od przeszło dekady nie sugerowano nam tak usilnie, że wyrazicielami opinii publicznej w Polsce są Jerzy Owsiak, Olga Lipińska, ksiądz Musiał, Jan Turnau, Andrzej Olechowski, Lesław Maleszka, Anda Rottenberg, Aleksander Małachowski, Czesław Kiszczak i Adam Michnik?... A co? Pomarzyć nie wolno? Czy wtedy sędzia Barbara Piwnik poświęciłaby dla ministerialnej teki własny – w dużej mierze wykreowany zresztą przez media – wizerunek osoby odważnej, niezłomnej i pryncypialnej? Czy chciałaby się narazić na zarzut, że dla kariery osobistej podejmuje ryzyko przedawnienia sprawy FOZZ, jednej z „założycielskich afer” III RP? Czy odważyłaby się na tak pokrętne uzasadnianie nominacji prokuratora Kaucza? Najbardziej jednak intryguje mnie, co zrobiłaby minister Piwnik, gdyby za kilka miesięcy – już po rozpoczęciu procesu FOZZ przez jej następcę – premier Miller doszedł jednak do wniosku, że nie po drodze mu z bratanicą „Ponurego”?

To zrozumiałe, że Andrzej Wajda, sympatyk ROAD/UD/UW, absolutyzuje znaczenie „okrągłego stołu”. Dzięki Magdalence, jego polityczni przyjaciele mimo niewielkiego poparcia społecznego zyskali przemożny wpływ na losy kraju. Dołączyli do sprawujących nadal realną władzę peerelowskich elit, często zresztą swych dawnych partyjnych współtowarzyszy. Według Wajdy, kompromis to godziwa cena za władzę. Jednak tę cenę płacą ci, których w rozmowie z dziennikarką Rzeczpospolitej Wajda wyraźnie lekceważy. Jego diagnoza jest prosta: zdjęty lękiem przed przyszłością, skłonny jedynie do wylegiwania się w łóżku, ciemny i niechętny Europie naród polski zemścił się na elitach. W rewanżu, reżyser nakręci „Zemstę” według komedii hrabiego Fredry!

Szczególnie razi w tej wypowiedzi brak tonów współczucia czy choćby pomiarkowania. Przed laty, kręcąc „Człowieka z marmuru”, Wajda zdystansował się od ludowego państwa, co zirytowało peerelowskich cenzorów oraz ideologów, którzy zarzucili artyście postawę recenzencką. Ale cała Polska poszła wtedy do kina. Dziś zdobywca licznych prestiżowych nagród „recenzuje” zachowania wyborcze współobywateli. Wygląda na to, że chciałby urzeczywistnić zalecenie Bertolda Brechta, który stwierdził kiedyś, że niesforny naród można rozwiązać i wybrać sobie nowy. Reżyser „Lotnej” i „Wielkiego tygodnia” zapomina jednak o ironicznej wymowie Brechtowskiego wiersza. I chyba nie przeczuwa, że polityczna interesowność jego własnej wypowiedzi jest aż tak czytelna.

Mocno zobojętnieliśmy. Nie reagujemy już na skandale i prowokacje. To prawda, że są coraz częstsze. To prawda, że straciliśmy nadzieję, iż oszczercy, bluźniercy i prowokatorzy, aroganccy szermierze obcych interesów poniosą jakąkolwiek odpowiedzialność. Polska antynomia: po dwudziestu latach od tragedii w kopalni „Wujek” mimo ponawianego śledztwa, dwóch procesów, zeznań świadków i raportu taterników nie sposób wskazać tych, którzy zamordowali górników. Obowiązują przecież cywilizowane zasady domniemania niewinności oraz rozstrzygania wszelkich wątpliwości na korzyść oskarżonych! Z drugiej jednak strony, po sześćdziesięciu latach, bez pełnej ekshumacji, przed zakończeniem prowadzonego przez IPN śledztwa, na podstawie zbeletryzowanych zeznań kilku niewiarygodnych świadków, można bezkarnie żądać od wszystkich żyjących współcześnie Polaków wzięcia na siebie winy za śmierć jedwabińskich Żydów.

Artyści i „Sąsiedzi”

Sprawa „Sąsiadów” jest modelowa. Stan wiedzy, faktografia i dokumentacja, argumenty zawodowych historyków, wyniki przeprowadzonych dotąd śledztw, w tym niemieckiego, rezultaty ekshumacji, przerwanej z powodu zdumiewającej interwencji kilku zagranicznych rabinów – wszystko to pozwala umieścić książkę Grossa raczej na półce z nieżyczliwą Polsce i Polakom beletrystyką, gdzieś w pobliżu „Malowanego ptaka” Kosińskiego, niż zaliczyć do historiografii. Właściwie przeforsowanie nagrody literackiej dla tej prozy mniej by dziwiło niż fakt uczynienia jej przedmiotem długiej i żenującej quasi-naukowej debaty publicznej. I jeszcze jedno. Symbolicznym wyrazem odejścia od prawdy i poczucia realizmu w sprawie Jedwabnego jest znaczne powiększenie obrysu stodoły w postawionym tam pomniku! Ale i na to nie potrafiliśmy zareagować z należną stanowczością.

Artyści podgrzewają atmosferę. Oto Gazeta Wyborcza drukuje kuriozalny tekst Tadeusza Słobodzianka „Historia się skończyła”. Ten mocno ekspresyjny patchwork jest ustylizowany na dziennik twórcy, który zmaga się z problemem budzącej odrazę zbrodni ludobójstwa. Znamienne jednak, że przejawiany od pierwszego zapisu („Znowu historia o jakichś chamach, którzy zamordowali Żydów, żeby mieć za co pić!”) poziom nienawiści czyni tę małą narrację Słobodzianka po prostu niewiarygodną. Pierwsza refleksja, że to klasyczny tekst ideologiczny, który u beniaminka Polityki z czasów Rakowskiego, wcale dziwić nie powinien, nie jest jednak trafna. Gdyż tę nową aktywność literacką „tiełochronitiela Izy Cywińskiej w Białymstoku” coś jednak od klasyki – nawet ideologicznej – zdecydowanie odróżnia. Tym razem jeden z twórców skandalizującego, lecz długo dotowanego przez państwo teatru Wierszalin chyba się zagalopował. Jego nienawistne słowa naruszają dobra osobiste wielu osób: m. in. Lecha Wałęsy, senator Krystyny Czuby, o. Tadeusza Rydzyka CSsR, profesorów Ryszarda Bendera i Jerzego Roberta Nowaka. Obrażają uczucia religijne katolików, a nawet podżegają do waśni narodowościowych. Można je zaskarżyć. Ale czy potrafimy się jeszcze na to zdobyć?

Przy ogniu z płonącej stodoły Śleszyńskiego postanowił się też ogrzać Maciej Zembaty, znany od dawna z dziwnego zamiłowania do makabry. Długoletni pupil peerelowskiej radiofonii podczas II Przeglądu Piosenki Prawdziwej przeszedł samego siebie, wywołując jeszcze przed imprezą podwójny skandal. Gdy prasa Wybrzeża opublikowała teksty dwóch „piosenek” Zembatego – zawrzało po raz pierwszy. Skierowane jednoznacznie przeciwko Polakom, ale zarazem obsceniczne i mogące urazić uczucia Żydów treści „Maleńkiego rynku” (oczywiście w Jedwabnem), a także antypapieskie, nihilistyczne przesłanie „Nebraski” skwapliwie upowszechnił na cały kraj organ Michnika. Wystarczy więc powiedzieć, że wyrozumiały i nieskłonny do potępień ks. abp Tadeusz Gocłowski, nie znalazł dla ich autora innych określeń jak „kiepski artysta” i „obrazoburca”.

Gdy Zembaty kolejnym żartem (o sponsorowaniu nagród przez postkomunistów) skutecznie wprowadził w błąd miejscową opinię publiczną, wiele komisji zakładowych zrezygnowało z zakupu biletów. Koncert nie stał się sukcesem frekwencyjnym. Władze Związku postawione w trudnej sytuacji z obawy przed zarzutem „cenzurowania twórców” uległy szantażowi i nie zablokowały występu Zembatego. Wycofano jedynie patronat i logo Solidarności, co jednak ani nie zapobiegło skandalowi, ani nie uchroniło Związku przed niesprawiedliwymi zarzutami. A przecież – trzeba to jasno powiedzieć – Solidarność jako patron i główny sponsor imprezy miała nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek zadbania o artystyczny oraz ideowy kształt przeglądu.

Czy piewcy wolności bez granic wyobrażają sobie np. występ Leszka Czajkowskiego na koncercie organizowanym przez UW? Zembaty, człowiek dowcipny inaczej, po prostu nie pasował do solidarnościowego przeglądu. Nie dość, że pełniąc funkcję kierownika artystycznego imprezy, wyraźnie nadużył zaufania jej organizatorów (wolno chyba sądzić, że po raz ostatni), to miał jeszcze czelność oświadczyć publicznie, że wraz z kolegami czuje się „zdradzony i oszukany” przez „postroboli”, którzy nie mają poczucia humoru!

Solidarność zawsze walczyła o prawdę, a zmagania z cenzurą polityczną były kiedyś istotnym fragmentem tej walki. Bitwa nadal trwa. Przykłady Słobodzianka czy Zembatego dowodzą jednak, że dziś groźniejsze od cenzury stały się nadużycia wolności słowa. Realnym zagrożeniem dla prawdy bywają też swawole twórców oraz anarchizacja wypowiedzi artystycznej. Rzadko zresztą bezinteresowne.

„Tygodnik Solidarność” nr 46, z listopada 2001