Żydowski lekarz Baruch Milch ukrywał się przez 10 wojennych miesięcy, w nieustannej obawie o życie własne oraz swych najbliższych. Sporządził wtedy notatki, które stanowią zarówno zapis tragicznych losów, jak i świadectwo kondycji moralnej ludzi w obliczu piekła wojny. Zatytułował je: „Szkodliwe robactwo ludzkości, czyli mój testament po Hitlerjadzie”. Ich wybór, stanowiący blisko czwartą część całości, ukazał się staraniem Ośrodka „Karta” oraz Żydowskiego Instytutu Historycznego.

Testament starszego brata

Podczas promocji książki Andrzej Żbikowski, historyk z ŻIH, który podał tekst Milcha do druku, stwierdził wyraźnie, że polska edycja „Testamentu” zawiera około trzystustronicowy wybór z całości liczącej około 1300 stron rękopisu. „Prezentujemy je dzisiaj po raz pierwszy w wydaniu książkowym, choć w znacznie skróconej wersji. Fragmenty, które opuściliśmy – co skrupulatnie odnotowano w tekście – to powtórzenia pewnych wątków, partie absolutnie marginalne dla toku wspomnień lub całkowicie niezrozumiałe i nieczytelne” – pisze w Posłowiu. Potwierdzają to słowa profesora Feliksa Tycha, który oświadczył, że był przeciwny publikacji manuskryptu w stanie – jak to określił – „posiekanym”. Jego zdaniem, należało wydać całość. Do wydania reprezentatywnych fragmentów przekonały go ostatecznie argumenty Żbikowskiego, który uważa, że całość rękopisu byłaby „zbyt hermetyczna”, a także żyjące w Izraelu córki Barucha Milcha z drugiego małżeństwa, które wydały ostatnio fragmenty wspomnień ojca po hebrajsku w jeszcze węższym wyborze. W każdym razie – uważa Tych – rękopis Milcha, dostępny w ŻIH, zwłaszcza jeśli idzie o refleksję nad kondycją moralną nadal stanowi interesującą ofertę badawczą. Tym bardziej zdumiewa postawa szefa „Karty” Zbigniewa Gluzy, który podczas spotkania w błękitnym wieżowcu fragmentaryczność obecnej edycji uzasadniał obawą przed „ośmieszeniem autora”, a jednocześnie w nocie „Od wydawcy” napisał: „Świadectwo Barucha Milcha przedstawiamy po raz pierwszy w pełnym kształcie. Po 56 latach od powstania ukazuje się jeden z najważniejszych zapisów Holokaustu”.

Pamiętajcie, że to Niemcy

„To pisanie miało charakter psychoterapeutyczny, nie było grą z niczym, dlatego też świadectwo Milcha trudno kwestionować, trzeba po prostu uznać je za prawdziwe – mówił Zbigniew Gluza podczas promocji książki. I dodał: „Zapis Milcha to testament dla Polski, może będziemy w stanie odczytać go jako społeczeństwo”. Warto przy okazji zauważyć, że ton tej wypowiedzi wyraźnie współbrzmi z lansowaną ostatnio przez socjologa Jana Tomasza Grossa dyrektywą bezwarunkowej afirmacji wszelkich świadectw żydowskich ofiar II wojny światowej.

Tymczasem autor „Testamentu” miał inne wyobrażenie o adresatach swojego tekstu, czemu dał wyraz w napisanym 15 lipca 1943 roku „Wstępie” do notatek, którymi zapełnił przeszło 60 zeszytów: „Chcę, aby zagraniczne żydostwo i cały kulturalny świat przetrawił to wszystko i zdał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie groziło całej ludzkości ze strony butnej, zarozumiałej, egoistycznej, bestialskiej i najordynarniejszej dumy krzyżackiej, która swoimi hasłami: Drang nach Osten, Kulturkampf – chciała krzewić najdzikszą i najbardziej zepsutą kulturę Zachodu. (...) Może ktoś zechce powiedzieć, że obecnemu kataklizmowi, z 1939 roku, nie jest winien naród niemiecki, tylko sam Hitler ze swoją szajką bandycką i forma rządu z jego pseudokulturą. A więc oświadczam, iż prawie wszyscy Niemcy nie są grosza warci (...) Wszyscy są do gruntu zepsuci: łajdactwo, rozpusta, przekupstwo, kłamstwo, perfidia różnego rodzaju, bandytyzm, morderczość, różne zboczenia, złodziejstwo i już chyba nie ma słów do określenia wszystkiego zła, które tkwi w każdym Niemcu, tym bardziej w hitlerowcu. Nie lepsze wartości mają też jednostki tych narodów (podkr. – wż), które jemu hołdują albo na usługach stoją”.

Trzeba pamiętać, iż takie epitety, apodyktyczne sądy czy przesadne uogólnienia cisną się na usta wykształconemu w czeskiej Pradze lekarzowi z najlepszą reputacją oraz największą tzw. praktyką w miasteczku Tłuste, w powiecie zaleszczyckim na Ukrainie, wnet po utracie syna i ukochanej żony. Milch oraz jego szwagier, już bez żon i dzieci, zdołali znaleźć schronienie w gospodarstwie pani P., znajomej Polki-katoliczki, we wsi o ludności mieszanej, polsko-ukraińskiej. A jednak mimo rozpaczy, poczucia osaczenia i narastającego lęku o przetrwanie, które podyktowały mu najostrzejsze słowa, także o własnym narodzie – żydowski lekarz nie ma wątpliwości, kto rozpętał wojnę i kto przede wszystkim powinien ponieść odpowiedzialność za wszystkie wywołane przez nią zbrodnie. W jakim kontraście do tej realistycznej diagnozy Milcha pozostają słowa rabina Michaela Schudricha kontestującego ostatnio drugą część projektu inskrypcji na jedwabieńskim pomniku. Dlaczego przestroga, by „rozpalony przez niemiecki nazizm grzech nienawiści nigdy już nie obrócił przeciwko sobie mieszkańców tej ziemi” miałaby być „absolutnie nie do przyjęcia”? Czy naprawdę „wzmianka o niemieckim nazizmie, w tym kontekście, w jakim została umieszczona” to „sformułowanie mylące”, które jedynie „wprowadza w błąd”?

Po dyplom – na Zaolzie!

Zdaniem młodego człowieka, który nie mógł uzyskać nostryfikacji swego lekarskiego dyplomu, w przedwojennej Polsce wprost kwitł antysemityzm. Ciekawe, że wbrew częstym dziś próbom przerzucenia całej winy na „ciemny, niewykształcony i przesądny lud”, Baruch Milch winą za panujące wtedy antyżydowskie nastroje obarcza przede wszystkim ówczesne koła rządzące (nie ograniczając zresztą tych zarzutów wyłącznie do Polski), a także „kapitalistyczne” elity, w znacznej mierze tworzone przecież przez bogate zasymilowane rodziny żydowskie. „Takich Żydów, na nieszczęście, było w Warszawie i na świecie więcej. (...) jako prawdziwy antysemita teraz mówię, bo w ogólnym nieszczęściu żydowskim oni dużo zawinili” – pisze i dodaje: „Faktycznie antysemityzm uwidaczniał się tutaj (tj. w Warszawie – dop. wż) bardziej niż we Lwowie, bez wstydu i zażenowania przed poselstwami obcych państw. Tak że od razu można było poznać, iż cały ten ruch idzie z góry (...) W tramwajach i kolejach podmiejskich stale słychać było obgadywanie Żydów, nieraz zdarzały się wypadki pobicia lub wyrzucenia Żyda z jadącego wagonu. Różne zarządzenia władz były wymierzone wprost przeciw Żydom, całkiem jaskrawo i bezwstydnie”.

Kłopoty z nostryfikacją, brak zawodowych perspektyw oraz rozsądne obawy („niebezpieczeństwo pożogi wojennej było coraz bliżej naszych granic” – podkr. wż) nasunęły młodemu lekarzowi myśl o emigracji do Boliwii. Znał już nawet datę wyjścia statku w morze. Na przeszkodzie stanęła jednak matka jego narzeczonej, która nie dopuszczała do siebie myśli o rozstaniu z córką. Ostatecznie, Milch otworzył w Warszawie aptekę. „Zaafiszowałem i zareklamowałem się odpowiednio. Panna moja całymi dniami pilnowała drogerii, uśmiechem i miłym usposobieniem przyciągając coraz więcej klientów, (...) a ja uprawiałem praktykę lekarską, mając coraz więcej pacjentów. Pomału rozwijał się ładny interes i gdyby nie wkroczyła wojna, byłyby ładne dochody i można byłoby żyć”. Nawet pomimo tego „odgórnego”, sterowanego przez władze antysemityzmu?

Pamiętnik Milcha to swoisty rezerwuar ambiwalencji. Z jednej strony, autor przejawia w nim swoisty uniwersalizm i szlachetne otwarcie na bliźnich, z drugiej – nierzadki partykularyzm opinii, zajadłą „roszczeniowość” oraz podatność na dominujące w jego środowisku „myślenie życzeniowe”. Potrafi np. napisać, że: „polski minister spraw zagranicznych Beck, który już dobrze wiedział, co się święci, jeszcze wygłosił przez radio swoją megalomańską czy zdradziecką mowę, mówiąc: «My nawet guzika nie damy, jesteśmy silni, zwarci i gotowi». Później było się z czego śmiać, bo mówiono, że byli silni jak muchy, zwarci w kajdanki, a gotowi do ucieczki (podkr. – wż)”. By zaraz w następnym akapicie przyznać, że: „Podczas kampanii zaolziańskiej duch bojowy i poczucie pewności siebie było w Polsce takie silne, że ja sam ze swoim szwagrem poszliśmy do miejscowej Komendy Uzupełnień zgłosić się na ochotnika do wojska. Myślałem, że za to później może pozwolą mi się nostryfikować, a jemu ukończyć studia”.

Moralna wunderwaffe

Podczas wojny Milch, jako przedstawiciel elity kresowego miasteczka Tłuste, znalazł się początkowo w tzw. judenracie, czyli powoływanym przez władze niemieckie żydowskim organie samorządowym. Gdy zrozumiał, że – jak pisze – „Judenrat stał się w rękach gestapo narzędziem do niszczenia Żydów” zaczął się „pomału z niego wycofywać”. Co do swych ziomków, którzy do końca współpracowali z Niemcami, a zwłaszcza członków tzw. Żydowskiej Służby Porządkowej, nie miał żadnych złudzeń: „w gruncie rzeczy Judenrat zaczął prowadzić politykę rabunkową w celu napełnienia własnych kieszeni (..) Tylko niektórzy członkowie lub judenaltesterzy (członkowie starszyzny żydowskiej – dop. wż) prowadzili politykę przynoszącą ulgę społeczeństwu żydowskiemu (...) i woleli skończyć samobójstwem, więzieniem, tragiczną śmiercią niż stać się współmordercami swoich braci. Niestety, dużo takich bohaterów i męczenników nie było”.

Lektura zapisków Milcha, choć wcale nie było to intencją autora, stawia przed czytelnikiem problem: czy istnieje takie „moralne uzbrojenie” jednostki, które pozwala jej uchronić się przed zezwierzęceniem? I dlaczego tak biegunowo różnie zachowywali się ludzie wrzuceni przez historię w wojenne inferno? Dziś wiemy, że oprócz morderców oraz ich dobrowolnych pomocników, byli i tacy, którzy mordowali swych ziomków w złudnej – jak się zwykle okazywało – nadziei, że w ten sposób, czasem kosztem najbliższych, ocalą siebie. A bywało jeszcze gorzej. Oczywiście, od nikogo nie wymaga się heroizmu moralnego, jaki przejawił o. Maksymilian Maria Kolbe, męczennik wyniesiony niedawno na ołtarze. Ale nawet z perspektywy czysto personalistycznej nie sposób zrozumieć wcale nierzadkich, jak się okazuje, przypadków dzieciobójstwa. „Większość dzieci sami rodzice w schronach podusili, gdy zaczęły płakać, słysząc głosy zbirów w pobliżu” – pisze Milch. Owszem, płacz rozbrzmiewający w lichej kryjówce narażał wszystkich: i ukrywających się, i tych, którzy udzielili im schronienia, czy jednak wolno szukać zwiększenia szans na przeżycie w śmierci zadanej własnemu dziecku?

Dlaczego życzliwy ludziom doktor z Tłustego, wykształcony i „nowoczesny” racjonalista, w młodości związany z ruchem syjonistycznym, a jednocześnie religijnie zobojętniały lewicowiec, który bez powodu obwiniał się o śmierć swych najbliższych, nie potrafił od tak strasznego czynu powstrzymać swego szwagra? Miotały nim gwałtowne uczucia: żal, wściekłość, przerażenie. Odczuwał potworność tego postępku, ale nie potrafił ani stanowczo zaprotestować, ani interweniować w sytuacji ostatecznej. Nie on jeden zresztą, milczały także kobiety: jego żona oraz szwagierka, matka chłopca. „Wszyscy w owej chwili czuliśmy, że już nie jesteśmy normalnymi ludźmi, że zdolni jesteśmy do wszystkiego, nawet do mordu” – napisał, komentując potem tę tragedię.

Dzięki chrześcijańskim sąsiadom Milch przeżył wojnę. Repatriował się z Ukrainy. Z drugą żoną, którą w 1946 została Lusia Gellez, z Tłustego, przez zieloną granicę dostali się do Niemiec. Stamtąd w 1948 wyjechali do Izraela. Ale wcześniej, w bawarskiej Pasawie, urodziła im się córka Shosh, która w posłowiu do polskiego wydania „Testamentu” napisała: „Wyrosłam w domu człowieka martwego. Człowieka silnego i mądrego, lecz – martwego”. Dodajmy: człowieka, który ułożył sobie własny „dekalog oświeconego egoisty”, a życzliwe słowa osoby, która uratowała mu życie, skomentował następująco: „trudno jej jako katoliczce wczuć się w tragedię narodu żydowskiego, który stale ulega jakiemuś fatalizmowi (...) gdy sama tego nie przeszła. Jej słowa pociechy mają dla mnie dźwięk szyderczy”.

Baruch Milch, Testament, seria Żydzi polscy, Ośrodek „Karta”, Warszawa 2001.