Kiedy przed miesiącem w dwóch bulwersujących opinię publiczną sprawach o morderstwo sądy dwukrotnie wydały wyroki uniewinniające, wstrząśnięta opinia publiczna aż jęknęła. Natomiast Marek Nowicki
z Komitetu Helsińskiego zaraz wystąpił z gromką filipiką, w której protestował przeciwko „naruszaniu powagi trzeciej władzy”. Można – twierdził w debacie telewizyjnej – pokpiwać sobie z władz ustawodawczej oraz wykonawczej, ale od niezawisłego sądownictwa wara.

Zaślepiona tolerancja?

Dlaczego? Bo to, jego zdaniem, mogłoby naprawdę zagrozić stabilności demokratycznego państwa prawa. Niektóre autorytety ambitnie przyszły mu w sukurs, podkreślając, że taka „presja publiczności czy ulicy” zagraża wartości nadrzędnej, jaką powinna być faktyczna niezawisłość sądów.

Gdy natomiast przed tygodniem sąd w Opolu „z powodu znikomej szkodliwości społecznej” umorzył sprawę przeciwko dr. Dariuszowi Ratajczakowi, oskarżonemu o to, że w publikacji o nakładzie zaledwie 320 egzemplarzy upowszechniał poglądy tzw. rewizjonistów holokaustu bez należytego „odcięcia się od nich”, co mogło prowadzić do wniosku, że jest podobnego zdania – sytuacja zmieniła się o 180 stopni. Dziennikarze
i publicyści, którzy dopiero deklarowali swój bezbrzeżny szacunek dla ferowanych
przez sądy wyroków i pletli o zasadzie domniemania niewinności, niemal chóralnie jęli dezawuować wyrok opolskiego sądu.

O domniemaniu niewinności nie mówiło się tym razem wcale, gdyż zaraz w kwietniu br., na wieść o ukazaniu się książki dr. Ratajczaka, senator Władysław Bartoszewski na łamach „GW”, oczywiście przed lekturą inkryminowanej pracy, zaordynował historykowi z opolskiej WSP przymusowe badania psychiatryczne, a następnie – jeśli te nie wykażą żadnych zaburzeń – nakazał postawienie go przed wymiarem sprawiedliwości. Czy w tej sytuacji rozsądna część opinii publicznej – która zresztą od razu, inaczej niż to jest w przypadku morderców czy gangsterów, znała pełne dane osobowe „podejrzanego o kłamstwo oświęcimskie” – mogła oczekiwać jakiegoś „domniemywania niewinności”? W takiej sytuacji otrąbione przez media rozczarowanie wyrokiem staje się całkiem zrozumiałe.

Jednym z głównych argumentów wobec rezygnacji z postępowania przeciwko opolskiemu historykowi była „troska o wizerunek Polski w świecie”. Jerzy Marek Nowakowski umorzenie sprawy podczas wizyty Jerzego Buzka w Izraelu nazwał wręcz „nieszczęśliwym przypadkiem”. Rozumiem „dyplomatyczne intencje” doradcy premiera, ale takie stawianie sprawy jest grubym nieporozumieniem. Nikt nie pragnie chyba na serio powrotu do sytuacji, w której niezawisłe sądy w chwili wydawania wyroku musiałyby się liczyć z aktualnym miejscem pobytu premiera czy prezydenta.

Na szczęście, chęć przykładnego ukarania czy choćby tylko uznania winy
dr. Ratajczaka nie jest aż tak powszechna, jak mogłaby to sugerować np. lektura Życia (z kropką). Wprawdzie Robert Krasowski broni poglądu, że należy karać „kłamstwo oświęcimskie”, widząc w tej regulacji, mimo jej oczywistej selektywności, narzędzie „obrony prawdy jako takiej”. Swoją opinię wspiera na przekonaniu, że „w przyszłości katalog spraw, na temat których nie będzie wolno bezkarnie kłamać, zostanie z pewnością rozbudowany”. Mniejsza już o to, czy nadzieje komentatora mają jakieś realne podstawy. Problem w tym, czy np. zawyżana przez wiele lat przeszło dwukrotnie liczba żydowskich ofiar obozów w Oświęcimiu i Brzezince też miałaby podpadać pod kategorię „kłamstwa oświęcimskiego”?

Warto w tym kontekście pamiętać, że w trzynastotomowym wydaniu Wielkiej Encyklopedii Powszechnej zaszła konieczność gruntownego przepracowania hasła dotyczącego ofiar hitleryzmu i hitlerowskich obozów zagłady, dlatego też pojawiło się ono dwukrotnie: naprzód w miejscu wynikającym z alfabetycznego układu encyklopedii, a następnie w Suplemencie, będącym próbą eliminacji oczywistych niedostatków i zachwiania proporcji przy redagowaniu części „wrażliwych” haseł. Czy występowanie różnic, nawet bardzo drastycznych, w opisie tych samych faktów u różnych historyków da się wyjaśnić przez proste sprowadzenie problemu do „folkloru”?

Taką postawę apriorycznego lekceważenia oponenta przejawił socjolog Paweł Śpiewak w programie Moniki Olejnik „Kropka nad i”. Jego zdaniem, to nie sąd, ale raczej środowisko historyków powinno „ukarać oświęcimskiego kłamcę” rodzajem presji, jakiegoś intelektualnego bojkotu i towarzyskiego ostracyzmu. Natomiast Helena Datner, przewodnicząca gminy żydowskiej, stwierdziła, że „stosowanie języka nienawiści”, a tym według niej są poglądy rewizjonistów holokaustu, to po prostu czysty wyraz antysemityzmu, co powinno być karane, choćby w wymiarze symbolicznym. W tym, aby sądownie ścigać i karać szerzenie „języka nienawiści”, zgadzam się z Heleną Datner. To bliski mi pogląd. Wiązałbym z nim nadzieję np. na ukrócenie nienawistnych, choć ukrytych w kostiumie szyderstwa, perwersji i wulgaryzmów, niezliczonych prowokacji Urbanowego Nie. Ale czy w tym przypadku można liczyć na wsparcie drugiej strony? Trudno przecież porównywać szkodliwość 230 egzemplarzy pracy naukowej z prowincjonalnej WSP z oddziaływaniem kilkusetysięcznego nakładu wychodzącego od lat obrzydliwego tygodnika? A jednak nie słyszałem, żeby w sprawie Urbana wypowiadała się pani Datner czy Szymon Szurmiej, który również uważa, że „zaprzeczenie ludobójstwu musi być ukarane”?

Pomoc dla Dariusza Ratajczaka nadeszła z nieoczekiwanej strony. Komentarz Piotra Pacewicza, który w „GW” stwierdził, że penalizacja nawet najstraszliwszego kłamstwa czy głupstwa nie jest dobrym rozwiązaniem problemu, zaskoczyła także panią Datner. Środowiskowe lekceważenie czy ośmieszenie antysemity w mediach to w jej przekonaniu za mało. Pacewicza poparł natomiast Śpiewak, który bodaj niechcący ujawnił źródła tej „powściągliwości” wobec dr. Ratajczaka. – Po jego skazaniu – powiedział – ktoś mógłby żądać procesu np. za obrazę Kościoła katolickiego.

Na takie ograniczenie absolutyzowanej przez siebie „wolności słowa” kręgi demoliberalne za nic nie chcą przystać. Znaczyłoby to bowiem, że wolność jest wartością o tyle, o ile służy prawdzie i dobru. Wtedy należałoby karać nie tylko za „kłamstwo oświęcimskie”, ale również za wszelkie inne próby zacierania prawdy o działaniach ludobójczych czy zbrodniczych, a więc np. za kłamstwa: katyńskie, esbeckie, komunistyczne. Pod ochroną znalazłaby się sfera sacrum, jak i narodowe imponderabilia. A „integryści i fanatycy” mogliby wręcz zażądać, aby przejawy antypolonizmu, antyczeczenizmu czy antychrystianizmu były tropione i eliminowane równie gorliwie jak antysemityzm. Tymczasem z jakichś względów ta ewentualność najwyraźniej nie wchodzi w grę.

Sens pozornie zdumiewającej postawy Pacewicza i Śpiewaka wyraża się dość prosto: nie chcemy „bitwy o prawdę”, do której musiałoby dojść przy wykorzystaniu drogi prawnej. Całkowicie bowiem wystarcza nam przewaga środków, jakimi dysponujemy w walce o kształtowanie opinii publicznej w Polsce. Za „kropkę nad i” można uznać fakt, że przed wspomnianym programem Moniki Olejnik TVN zapowiadała kolejne wydanie „Ibisekcji”, w tym także właśnie z udziałem Jerzego Urbana.

„Tygodnik Solidarność” nr , z grudnia 1999