strona główna arrow publicystyka arrow wojny kulturowe arrow I biorę cię, Burek, za męża. Decydujące starcie

Krzysztof Świątek, pisząc o „ślubach” i ceremoniach weselnych, jakie urządzają dla swych czworonogów mieszkańcy bogatej, północnej części kontynentu amerykańskiego, zastanawiał się, dlaczego obywatele państw o wysokim poziomie bezpieczeństwa socjalnego wolą zapewniać luksusy swoim psom i kotom niż np. pomagać ludziom cierpiącym rzeczywisty niedostatek, głód lub nędzę.

I biorę cię, Burek, za męża. Decydujące starcie

Dwaj rozmówcy autora – teoretyk kultury i duchowny katolicki – byli skłonni tłumaczyć takie egzotyczne uroczystości jedynie kaprysem właścicieli czworonogów. Mirosław Pęczak szukał przyczyn w triumfie ideologii konsumpcjonizmu, która kreuje sztuczne potrzeby i zmusza do poszukiwania coraz to nowych podniet. Ojciec Marcin Lisak, dominikanin, wskazywał na emocjonalne i duchowe zagubienie często właściwe zamożnym, którzy z braku realnych problemów życiowych tracą zdolność do krytycznej oceny sytuacji. Obaj też – o. Lisak i dr Pęczak – uważają, że zwycięski pochód podobnych dziwactw, w miarę bogacenia się społeczeństwa, z pewnością dotrze i do Polski.

Brak wewnątrzgatunkowej solidarności

Takie wyjaśnienie nie wydaje się jednak zadowalające. Podobnie jak zawarte w nim przeświadczenie o nieuchronności procesu drastycznych przemian obyczajowych. Przecież mówimy tu o ludzkich zachowaniach, które rozgrywają się w sferze wolności i bywają bardzo różnie motywowane.

Łatwiej opiekować się zwierzętami niż pomagać ludziom – zauważył o. Lisak. I ma rację. W przypadku zwierzęcia, zakres kontroli jest znacznie większy, a odpowiedzialność nieporównanie mniejsza. Troska o zwierzę wymaga skromniejszych środków, daje poczucie bycia potrzebnym, nie powiększa sfery rywalizacji. Zabiedzone zwierzaki z reguły budzą litość, natomiast chory czy wyniszczony człowiek wyzwala w nas strach, odrazę, irytację lub przekonanie, że sam jest winien trudnej sytuacji, w jakiej się znalazł.

Takie emocjonalne rozchwianie często wykorzystują radykalne ruchy ekologiczne, które zwłaszcza wśród ludzi młodych upowszechniają postawę aktywnej niechęci – już z pogranicza nienawiści – do przedstawicieli własnego gatunku. Biegające na golasa przeciwniczki naturalnych futer, podobnie jak obrońców życia młodych fok motywuje zideologizowany obraz świata, w którym homo sapiens występuje jedynie w roli pasożyta i destruktora, zagrażającego swym istnieniem Matce Ziemi. Zwykle te same środowiska agitują na rzecz w pełni dostępnej i finansowanej ze środków publicznych aborcji na życzenie, nie widząc w tym żadnej sprzeczności ani oczywistego braku wewnątrzgatunkowej solidarności.

Troska o ginące gatunki zwierząt czy roślin, skądinąd rozumna i szlachetna, budzi jednak uzasadnioną nieufność, gdy towarzyszy jej całkowita obojętność wobec ludzkich nieszczęść: np. wielkich rzezi, klęsk żywiołowych wyniszczających lokalne społeczności czy strukturalnej plagi głodu, która w zeszłym stuleciu zaczęła dziesiątkować ludność wielu państw afrykańskich.

Pieskie życie nadopiekuńczych

Sentymentalny („Hańba”, 1999) lub wręcz apokaliptyczny („Elisabeth Costello”, 2003) obraz męki, na jaką człowiek „skazał biedne zwierzęta”, kreuje w swych powieściach John Maxwell Coetzee. Prowegetariańskiej ideologii, nawołującej do rezygnacji z pokarmów mięsnych, noblista z RPA nadał kształt tyleż wybitny artystycznie, co moralnie wątpliwy, przyrównując przemysłowy ubój bydła do mordowania ludzi w niemieckich obozach zagłady. Inny, choć nie mniej przygnębiający obraz uwikłania pisarza – pozornie tylko w opiekę nad populacją dzikich kotów – przynosi „Auteczko” Bohumila Hrabala. Koty są zresztą w porządku. To raczej czeski prozaik, chętnie przedstawiany jako humorysta, korzysta ze „zwierzęcego pretekstu”, aby łagodząc prawdę zapośredniczeniem, ujawnić poważne problemy egzystencjalne, z jakimi w życiu borykał się bez sukcesów.

Przesadną admirację dla zwierząt, która w przypadku przywołanych pisarzy znalazła wyraz ideowo-literacki, często można zaobserwować też w działaniach praktycznych. Przykłady Violetty Villas czy Bożeny Wahl – otoczonych mnogością czworonogów, które zdominowały i chyba skutecznie zdezorganizowały życie swych opiekunek – są wystarczająco wymowne. A przecież egzystencjalne zaplątanie „w opiekę nad zwierzętami” zdarza się nie tylko postaciom znanym z telewizji.

Postępowe fałszowanie języka

Zaburzone relacje między człowiekiem a zwierzęciem zdarzały się od zawsze, trudno oskarżać o nie tylko współczesną cywilizację zachodnią czy agresywną ideologię konsumpcjonizmu. Gdy Bursa pisał swój propagandowy wierszyk o „Barze dla psów w mieście Bonn”, w wyniszczonej wojną Polsce też można było spotkać osoby – powiedzmy elegancko – ekscentryczne, które prowadziły na smyczy wyczesane, poubierane w kubraczki i przystrojone kolorowymi kokardkami pieski, rzadziej kotki.

O ile jednak wełniany kubraczek dla pinczerka w mroźny zimowy dzień traktowano jako wyraz rozsądnej zapobiegliwości, o tyle fantazyjne stroiki dla ulubieńca podczas letnich spacerów świadczyły już o lekkim „fisiu” właściciela lub właścicielki zwierzęcia. Podśmiewano się więc na stronie z „fiśniętych”, ale krzywdy im nikt nie robił. Była to – czego nie rozumieją dziś minister Środa ani wicepremier Jaruga-Nowacka – forma kontroli społecznej, która zapobiegała upowszechnianiu się fałszywego wzorca zachowań.

Wyrazistego nazywania rzeczy po imieniu i czytelnych rozróżnień między tym, co pożądane i godne szacunku, a tym, co najwyżej dopuszczalne lub wręcz naganne – potrzebują przede wszystkim ludzie młodzi, którzy kształtują dopiero swój system wartości. Jeszcze w połowie zeszłego stulecia linia demarkacyjna między normą a dewiacją była czytelna, współcześnie usunięto ją nie tylko ze słownika szermierzy postępu, ale również wielu wydawnictw encyklopedycznych oraz – co karygodne – z podręczników.

Pobudzony i jego pan

Cesarz Kaligula mianował swego wierzchowca senatorem i konsulem, ale nie uważano tego faktu, przynajmniej dotąd, za przejaw psychicznej czy moralnej tężyzny tamtego władcy Rzymu. Dziś, gdy kolejne aberracje, niedomogi oraz skrzywienia traktuje się już nie tylko jako normę, lecz wręcz cnotę – Pobudzony (takie imię nosił koń Kaliguli) i jego pan świetnie nadają się na logo dla radykalnych miłośników zwierząt.

Troska o zwierzęta, darzenie uczuciami domowych pupilów nie jest niczym złym. Przeciwnie, taki kontakt może stymulować emocjonalny, a nawet uczuciowy rozwój człowieka. Gorzej, gdy zwierzę staje się obiektem niezdrowego kultu lub substytutem wszelkich kontaktów z ludźmi. Gdy zostaje, mówiąc wprost, fałszywie uczłowieczone.

Czworonożni ulubieńcy żyją krócej od ludzi. Problem pożegnania z psem czy kotem, który przez lata „przynależał do rodziny”, trzeba rozwiązać nie tylko w sferze emocjonalnej. Respekt dla zwłok jest czymś normalnym w naszej kulturze, w chęci godnego pochówku ulubieńca nie ma więc nic zdrożnego. Oczywiście, poza kwestią kosztów, które w przypadku eleganckich psich cmentarzy powinny skłaniać do refleksji. Może nawet budzić lekkie zgorszenie.

Furtka dla dewiacji

Natomiast psie czy kocie zaślubiny, o których Krzysztof Świątek rozmawiał z socjologiem oraz duchownym, to zupełnie inna sprawa. Ceremonie z kosztowną pompą, jakie fundują swoim zwierzakom (ale przy okazji krewnym, przyjaciołom i znajomym!) zamożni Amerykanie czy Kanadyjczycy muszą budzić sprzeciw. Choćby dlatego, że przestały być nieszkodliwym aberracyjnym marginesem, lecz w sposób zauważalny deformują normy obyczajowe, stając się zachęcającym do naśladownictwa wzorcem konsumpcji na pokaz.

Parodiowanie szacownych rytów kulturowych nie tylko rani uczucia religijne, ale z pewnością irytuje też rozsądnych miłośników zwierząt. Można od biedy tolerować ubieranie małpki czy suczki w ślubny welon, dopóki robią to zbzikowane jednostki, ale upowszechnianie mody na karykaturalną imitację ślubu musi niepokoić. Przez furtkę otwartą dla obyczajowego dziwactwa prędzej czy później wleje się moralna dewiacja.

„Tygodnik Solidarność” nr 34, z 26 sierpnia 2005