strona główna arrow kultura arrow Kto chce - nie czyta

Jaka jest rzeczywista sytuacja książki w Polsce? Czy mamy do czynienia z nadczynnością branży wydawniczo-księgarskiej? Czy przeciwnie – grozi nam trwała tendencja spadkowa czytelnictwa? A może wbrew alarmom pesymistów i zachwytom hurra-optymistów nasz rynek książki jest po prostu stabilny? Wydaje się, że u podstaw trudności z diagnozą leży pewna antynomia praktyczna: im więcej atrakcyjnie wydanych tytułów spostrzegamy w witrynie czy na księgarskiej ladzie, tym więcej starań musimy dołożyć dla zdobycia pieniędzy na ich zakup. A to wydatnie zmniejsza ilość czasu, jaki możemy poświęcić bezinteresownej lekturze.

Kto chce – nie czyta!

Cezura 1989 roku, który niemal cudem przeniósł nas z PRL „na ojczyzny łono”, w oczywisty sposób zmieniła także sytuację książki w naszym kraju. Teraz wszystko miało być inaczej: po zniesieniu ograniczeń ideologicznych (cenzura) oraz instytucjonalnych (centralne rejestry, ograniczony dostęp do drukarni i papieru itp.) nastała epoka wydawniczej swobody. Oprócz profesjonalistów z czasów realnego socjalizmu pojawili się wydawcy-biznesmeni, traktujący branżę wyłącznie w kategoriach zysku. Ujawnili się również wydawcy działający dotąd w podziemiu. Ponadto zmienił się wygląd książek: nowe możliwości poligraficzne uczyniły książkę przedmiotem zdecydowanie piękniejszym, staranniej wykonanym. Nie było porównania, zwłaszcza ze zgrzebną masówką z lat osiemdziesiątych.

O ile jednak książka jako dzieło sztuki introligatorskiej rozkwitła, o tyle pozycja książki jako dzieła literackiego w pierwszym okresie znacznie podupadła. Pogorszyła się jakość tłumaczeń robionych często w pośpiechu „na mieście” przez nieprofesjonalistów. Książka stała się towarem, sztywne koszty papieru i poligrafii kazały wydawcom szukać oszczędności na etapie przygotowania tytułu do druku, toteż niejednokrotnie ukazywały się pozycje niedopracowane, z błędami rzeczowymi, językowymi, wynikłymi także z niedoskonałości wprowadzanego dopiero składu komputerowego. Najwyraźniej – redaktora przy tym nie było!

Książka na wyciągnięcie ręki

W PRL produkcja i dystrybucja książek były scentralizowane, a podaż miała za zadanie kształtować popyt. Przy stosunkowo niewielkiej liczbie edytorów i wydawanych rocznie tytułów można było windować nakłady. Rozbudowana sieć bibliotek publicznych była np. przymusowym odbiorcą „jedynie słusznych dzieł posłusznych literatów”. Co wszak nie znaczy, że nie wydawano pozycji wartościowych, często zresztą w nakładach śladowych. Stawały się one potem rarytasami na rynku wtórnym: w antykwariatach oraz spontanicznie powstających giełdach książkowych. Jak choćby słynna w kraju niedzielna giełda na krakowskich Grzegórzkach, dziecię stanu wojennego.

W latach 90. sytuacja zmieniła się radykalnie. Wzrosła liczba domów wydawniczych, tytułów, a także punktów i form sprzedaży. Książki pojawiły się na ulicy: stoły i łóżka swojskich „bukinistów” oferowały literaturę sensacyjno-szpiegowską (Ludlum, Forsyth, Follet), obyczajowo-romansową (Rodziewiczówna, Courths-Malerowa, Harlequiny), przygodową ( Dumas-ojciec, Karol May), a także science-fiction i fantasy. Pojawiła się nieobecna w czasach socjalizmu literatura ezoteryczna (astrologia, magia, tarot, kabała, demonologia), ułatwiona psychologia amerykańska (wydawana głównie przez Jacka Santorskiego), wreszcie liczne pozycje prezentujące praktyki cielesne, wierzenia, duchowość i filozofię Dalekiego Wschodu, które przygotowały grunt pod bardzo ożywioną dziś i postrzeganą jako zagrożenie działalność rozmaitych sekt. Ta „literaturka” – nieznana, zakazana, a przez to szczególnie atrakcyjna, zwłaszcza dla niewyrobionego czytelnika – znalazła się teraz na wyciągnięcie ręki. I ludzie z tej sposobności skorzystali.

Liczby nie kłamią?

Początek bieżącej dekady był w Polsce czasem książkowego „boomu”, co do tego panuje pełna zgoda opinii. Potwierdzają to zarówno wyniki badań, cyklicznie (co dwa lata) prowadzonych przez Instytut Książki i Czytelnictwa Biblioteki Narodowej, jak i opinie innych uczestników żywiołowo powstającego po 1989 roku rynku książki w Polsce. Wprawdzie wydawcy, hurtownicy i księgarze biorą pod uwagę zachowania nabywców książek, nie tożsame przecież z zachowaniami czytelników (można kupić książkę dla dziecka, dla kogoś w prezencie, wreszcie kupić dla siebie i nie przeczytać), ale analizy IKiCzBN uwzględniają oba parametry, albowiem w przekonaniu wyrażonym przez Katarzynę Wolff, jedną ze współautorek tych badań, „dopiero łączne potraktowanie obu wskaźników pozwala we właściwy sposób wyznaczyć obszar społecznego obiegu książek” (Notes wydawniczy nr 4/99).

Nie wnikając w metodologiczne szczegóły badań Instytutu, które w przeciwieństwie do sondaży opinii publicznej mają zapewnić rzetelność otrzymanych wyników, zwróćmy tylko uwagę na fakt, że uznawana przez autorki badań za miernik „czytelnictwa książek” kategoria „społecznego zasięgu książki” wskazuje jedynie odsetek ludzi w kategorii wieku powyżej lat 20, którzy zadeklarowali zainteresowanie książką, tj. przeczytanie lub przejrzenie przynajmniej jednej pozycji książkowej w ciągu roku.

Od 1992 roku IKiCzBN prowadzi systematyczne badania w oparciu o tę samą metodologię. Ich rezultaty, mimo stosunkowo niewielkich zmian ilościowych, w dłuższej perspektywie pozwalają mówić o wyraźnie rysującej się tendencji. Rekordowy był rok 1992, w którym odsetek zainteresowanych osiągnął nie notowany dotąd poziom i wyniósł 69 proc. Gwałtowne załamanie przyszło w roku 1994 – 53 proc. Niewielka poprawa (do 56 proc.) nastąpiła dwa lata później. Natomiast w badaniach zeszłorocznych wskaźnik „społecznego zasięgu książki” osiągnął zaledwie 48 proc. Przy uwzględnieniu pytań „filtrujących” odsetek spada do zaledwie 45 proc. (Grażyna Straus: „Czytająca mniejszość”, Notes Wydawniczy 3/99). Jeszcze wyraźniej widać spadek czytelnictwa w Polsce, gdy rezultaty z bieżącej dekady odniesiemy do wyników badań prowadzonych zgodnie w wymogami nauki w roku 1972 i 1985. Wskaźnik społecznego zasięgu książki wyniósł wtedy odpowiednio 60,5 oraz 59,2 proc. (Andrzej R. Zieliński: „Społeczny zasięg książki w Polsce”, 1988). Wynikałoby stąd, że coraz mniej ludzi w Polsce sięga po książkę.

Rynek rodzi optymizm

Odmienne spojrzenie prezentuje Łukasz Gołębiewski, dziennikarz Rzeczypospolitej, który co najmniej od połowy bieżącej dekady z uwagą śledzi i analizuje sytuację „branży” w warunkach gospodarki rynkowej, a w zeszłym roku wydał nawet rodzaj mocno zresztą dyskutowanego raportu (Ł. Gołębiewski „Rynek książki w Polsce – edycja ’98”). Uważa on, że o społecznym zapotrzebowaniu na książkę więcej można się dowiedzieć z analizy parametrów opisujących rzeczywistą wielkość produkcji sprzedanej niż z ankiet, deklarujących jedynie takie czy inne zachowania czytelników i nabywców. Wiedza o rzeczywistych procesach zapewnia lepsze rozeznanie niż statystyczna analiza oświadczeń obciążonych błędami subiektywnymi (wiele osób wstydzi się nawet w anonimowej ankiecie przyznać, że nie czyta) lub wynikającymi ze struktury pytań ankiety ( np. odpowiedź „rok temu lub więcej” na pytanie o termin ostatniej lektury należy traktować raczej jako wyraz całkowitego braku zainteresowania czytaniem itp.).

Wskaźniki, które w istotny sposób charakteryzują procesy zachodzące na krajowym rynku książki to sięgająca w zeszłym roku prawie trzech tysięcy liczba wydawców (według danych Centrum Informacji o Książce – 2850), z czego o aktywnych wydawnictwach można mówić jedynie w 800 przypadkach, przy 13.400 podmiotach, dysponującym indeksem ISBN. Liczba wydanych w zeszłym roku tytułów wynosi 24 tys., z czego 13,5 tys. stanowią pierwsze wydania. Przy łącznym nakładzie rzędu 150 mln egzemplarzy. Dystrybucją zajmuje się 550 hurtowni, które zaopatrują 3250 księgarni. A wartość sprzedaży sięga 1,5 miliarda złotych.

Z tezą o zasadniczej równowadze na polskim rynku książki sformułowaną przez eksperta z Rzeczpospolitej nie mogli pogodzić się niektórzy mniejsi wydawcy, którzy przyczyn własnych niepowodzeń chcieli upatrywać raczej w ogólnym kryzysie czytelnictwa, pociągającym za sobą istotny spadek zakupów, niż np. we własnej nieumiejętności prowadzenia gry rynkowej, w której przyszło im uczestniczyć. Toteż Gołębiewski – dowodząc, że rynek i czytelnictwo mają się całkiem niezgorzej, a jedynie pieniądze, które dotąd płynęły do nich, teraz trafiają do kilku dużych domów wydawniczych – mocno ich zirytował.

Pusta, pełna czy pęknięta?

Poziom czytelnictwa w Polsce Gołębiewski ocenia jako stabilny, choć niewystarczająco wysoki. Wprawdzie sondaże, na których opiera swoje wnioski, wskazują na odsetek czytających zbliżony do wyników badań Instytutu Książki i Czytelnictwa Biblioteki Narodowej, ale dziennikarz Rzeczypospolitej skłania się do bardziej optymistycznych wniosków. Wie wprawdzie, że na statystycznego Polaka przypada rocznie jedynie 5 książek, podczas gdy na statystycznego Węgra – już dwa razy tyle. Stawia jednak optymistyczną tezę, że dzięki takim wydawcom jak Harlequin czy Bertelsmann poprawia się dostęp do książki na prowincji.

Czy te różne „opisy czytelniczej rzeczywistości” mają swe źródło jedynie w temperamencie osób, które interpretują zobiektywizowane wyniki badań? Czy rzutki dziennikarz jest po prostu większym optymistą od skrupulatnych i rzetelnych pracownic naukowych Instytutu? Wydaje się, że przyczyny są poważniejsze. Wystarczy porównać podstawowe dane, jakimi dysponuje Biblioteka Narodowa, z danymi, które autor „Rynku książki w Polsce” pomieścił w nowym, tegorocznym już wydaniu. Biblioteka Narodowa „wie” zaledwie o 16,6 tys. tytułów wydanych w roku 1998, gdy Gołębiewski, przypomnę, awizuje aż 24 tys. wydanych pozycji. Znaczyłoby to, że mimo przywileju egzemplarza obowiązkowego BN otrzymuje jedynie około 70 proc. tytułów. To oczywiście mocno zmienia perspektywę. Te proporcje są jeszcze mniej korzystne dla szacownej instytucji w przypadku danych o łącznym nakładzie: 85 mln egz.(BN) – 150 mln egz.(ŁG). To już przestaje być kwestia oceny stopnia napełnienia szklanki, ona po prostu pękła!

Jak sobie radzą księgarze

– Najgorszy był rok 1997, wtedy nastąpił zauważalny spadek transakcji kupna-sprzedaży, a wzrost obrotów był o 2 punkty procentowe poniżej inflacji, która wtedy wyniosła ok. 12 proc. – mówi Zofia Szpojankowska, współwłaścicielka i szefowa księgarni „Leksykon” przy warszawskim Nowym Świecie. – Teraz apogeum spadku mamy już za sobą, sytuacja powoli się stabilizuje na poziomie równowagi. Jednak trudno ją porównać z latami 1990-95, kiedy to wzrost obrotów zawsze przekraczał poziom inflacji, raz nawet o 8 punktów procentowych przy inflacji wynoszącej 20 procent.

Na razie, zdaniem Zofii Szpojankowskiej, niewiele może się zmienić. Cierpimy z powodu nadmiaru: za dużo książek, zbyt wielu wydawców, mnóstwo punktów sprzedaży. Samych księgarni jest dobrze ponad 3 tysiące, a w 80 milionowych Niemczech niewiele więcej – zaledwie 4 tysiące. A przecież oprócz tego książki kupuje się w „Ruchu” i „Empiku”, na straganach bukinistów, w kioskach i sklepikach przykościelnych, nadal jeszcze w antykwariacie, u wydawcy, nawet w hurtowni. Od 2-3 lat sporą część tzw. klientów sporadycznych przejęły hipermarkety. No i nie należy zapominać o wcale dużym udziale systemu sprzedaży bezpośredniej: wysyłkowej czy poprzez „kluby książki”. Choć te ostatnie, według szefowej „Leksykonu”, przejmują raczej klientów małych księgarenek prowincjonalnych, więc dla księgarni w dużych ośrodkach zagrożenia nie stanowią.

Zresztą pewna kategoria klientów, tych którzy umieją obcować z książką, którzy cieszą się nią jako przedmiotem: oglądają uważnie okładkę, dotykają grzbietu, wdychają zapach kleju i farby – otóż ci miłośnicy słowa drukowanego nigdy nie porzucą książki dla internetu czy CD-ROM-ów. Dla nich liczy się także atmosfera zakupów, jakość obsługi, nie zrezygnują więc z ulubionej księgarni na rzecz odbioru, choćby i nieco tańszego egzemplarza, za zaliczeniem pocztowym. I to zapewne właśnie oni, dzięki osobistemu przykładowi, najlepiej potrafią przekazać tę prawdziwie bibliofilską postawę swoim dzieciom – twierdzi Zofia Szpojankowska.

Ludzie księgi

Z badań IKiCzBN wynika, że dojrzała kobieta z wyższym wykształceniem na kierowniczym stanowisku, mieszkająca w dużym mieście, przeczyta i kupi więcej książek niż starszy słabo wyedukowany mężczyzna na emeryturze w małym miasteczku. Tradycyjnie dużo czytają uczniowie i studenci, a także gospodynie domowe, czym do pewnego stopnia można tłumaczyć wielkie powodzenie Harlequinów oraz Wydawnictwa Prószyński. Kobiety bowiem częściej od mężczyzn wyciągają z portmonetki pieniądze na książkę.

Znamienny portret nabywców kreśli Katarzyna Wolff („...i mniejszość kupująca książki”, Notes Wydawniczy nr 4/99). „Nabywcy książek na tle całego społeczeństwa jawią się więc nam przede wszystkim jako zbiorowość osób dobrze wykształconych, nierzadko jeszcze się uczących, aktywnych zawodowo, zatrudnionych na kierowniczych stanowiskach, ewentualnie prowadzących własne przedsiębiorstwa lub w ostateczności trudniących się przynajmniej – wedle tradycyjnych określeń – pracą umysłową. Sądzę, że zaprezentowana charakterystyka pozwala mówić o swoistej elitarności tej grupy użytkowników rynku, którzy inwestują w książki. Osiągnięte przez nich standardy cywilizacyjne i kulturowe przewyższają te, które reprezentuje nie kupująca książek większość (3/5) obywateli.”

Inną wynikającą z badań prawidłowością jest to, że jednak więcej ludzi czyta niż kupuje książki. Dziś w dobie ubożenia wielu kręgów i środowisk społecznych, a także – relatywnie wysokich cen książek, czymś zrozumiałym staje się wzajemne pożyczanie sobie lektury czy korzystanie z biblioteki publicznej.

Nowi użytkownicy bibliotek

W kierowanej przeze mnie placówce wyraźnie rośnie czytelnictwo: zwiększa się zarówno liczba czytelników, jak i wypożyczeń. Obserwuję duże wykorzystanie czytelni, do których jeszcze przed godziną otwarcia ustawia się kolejka – mówi Jadwiga Madziar, dyrektor byłej wojewódzkiej a obecnie Miejskiej Biblioteki w Siedlcach. – Nastąpiła też zmiana struktury wypożyczanych książek: beletrystykę wyparła literatura naukowa i popularno-naukowa. „Gazetowicze” zostali już prawie całkiem wyparci.

„Wiele bibliotek miejskich np. w Tarnowie, Nowym Targu, Pile, Pińczowie, Wałbrzychu, Sieradzu, Jaśle, Płocku czy Pułtusku obsługuje dziś rzeszę studentów szkół wyższych (w dużej mierze prywatnych)” – pisze prof. Jadwiga Kołodziejska, kierownik Instytutu Książki i Czytelnictwa Biblioteki Narodowej (Notes Wydawniczy nr 5/99). I dodaje, że uczące się i studiujące grupy użytkowników bibliotek już dziś wyznaczają zakres gromadzenia i udostępniania zbiorów oraz usług informacyjnych.

W związku ze zmianą roli, o wartości biblioteki publicznej nie świadczy już ilość zgromadzonych woluminów, ale raczej systematyczny dopływ nowości wydawniczych. Niestety, zwykle brakuje dziś na to środków. Przyzwoity standard aktualizacji zbiorów wymagałby w skali roku zakupu 18 woluminów na 100 mieszkańców, podczas gdy wskaźnik ten – jak podaje profesor Kołodziejska – osiągnął w roku 1997 jedynie 6,8 wolumina na 100 mieszkańców.

Tymczasem Miejska Biblioteka w Siedlcach, która dysponuje 250 tys. woluminów oraz zbiorami specjalnymi (grafiki, 1136 tytułów książek mówionych, nawet dostarczanych niepełnosprawnym do domu), otrzymała w tym roku 80 tys. złotych, co stanowi jedynie 70 proc. budżetu zeszłorocznego i mniej więcej połowę potrzebnych środków – konkluduje dyrektor Jadwiga Madziar.

Bezinteresowna lektura

Blisko 60 proc. książek, z którymi mają dziś kontakt czytelnicy należy do kategorii: „szkolne” (26 proc.), encyklopedyczno-podręcznikowe (17 proc.) i fachowe (14 proc.). Sięganie po te pozycje łączy się nauką, wykonywaniem zawodu, podnoszeniem albo zmianą kwalifikacji, toteż nie byłbym skłonny uznać tego za przejaw „czytelnictwa książek”. Kategorię „czytelnictwa” zawęziłbym jedynie do bezinteresownej lektury, podejmowanej dla przyjemności i traktowanej jako sposób spędzenia wolnego czasu, związany oczywiście z osobistym rozwojem duchowym czy intelektualnym, nie wynikający wszakże z jakiejś obligacji czy konieczności życiowej. Obawiam się, że obecny odsetek takich zachowań jest znacznie niższy od i tak niezbyt imponującej liczby 45 proc., jaką sygnalizuje w swych najnowszych badaniach Grażyna Straus.

Pozostaje mieć nadzieję, że w możliwie wielu środowiskach naszego kraju pojawi się znowu pożyteczny snobizm na uczestnictwo w kulturze wysokiej. W tym, na prawdziwie bezinteresowną lekturę wartościowych poznawczo, pożytecznych duchowo i artystycznie znaczących książek.

„Tygodnik Solidarność” nr , z października 1999