strona główna arrow kultura arrow "Treny" z turbulencją

To miała być kulminacja „Dni Waldemara Łysiaka w Wielkopolsce” oraz wypełnienie obietnicy o przekazaniu przez pisarza na własność narodowi jedynego znanego egzemplarza pierwszego wydania „Trenów” Jana z Czarnolasu. Dlatego wśród licznej grupy gości zgromadzonych w Sali Fundatorów kórnickiego Zamku, którzy mieli być świadkami podpisania aktu darowizny, panował nastrój ożywienia i wyczekiwania. Gdy tuż po dwunastej wzburzony darczyńca wbiegł do sali, wykrzykując: „Zgroza! Skandal! Coś nieprawdopodobnego!” – zebranych aż zamurowało ze zdumienia.

"Treny" z turbulencją

Łatwo zrozumieć tę konsternację, jaka w piątkowe popołudnie 19 października 2001 stała się udziałem świadków tego wydarzenia. Tym bardziej, że oprócz przedstawicieli władz województwa, pracowników Biblioteki Kórnickiej oraz sporej liczby dziennikarzy, w uroczystości sfinalizowania donacji uczestniczyła też kilkunastoosobowa grupa gości zaproszonych przez samego Łysiaka. Z pewnością dla dzieci pisarza, jego przyjaciół-kolekcjonerów, a także kilku „łysiakologów” , którzy dzień wcześniej w Sali Czerwonej Pałacu Działyńskich przy Starym Rynku w Poznaniu wzięli udział w seminarium poświęconym jego twórczości, było to przeżycie traumatyczne. Amplitudy nastrojów Łysiaka, znanego bonapartysty, który jeszcze przed godziną rozanielony przeglądał rękopis młodzieńczej powieści „Clisson i Eugenia”, autorstwa cesarza Francuzów, a także autograf „Hymnu na cześć sprowadzenia prochów Napoleona”, pióra Juliusza Słowackiego – nawet nie próbuję sobie wyobrażać.

„Łysiakiada”

Waldemar Łysiak czuje się związany z Wielkopolską z kilku powodów. Stąd pochodzi matka pisarza. W zasłużonym Wydawnictwie Poznańskim ukazała się przed laty „Kolebka”, jego powieściowy debiut. Warto też zauważyć, że podczas wspomnianego już seminarium szczegółowej analizy licznych „Wątków wielkopolskich w twórczości Łysiaka” dokonała dr Barbara Wysocka, pracownik naukowy Biblioteki Kórnickiej PAN. Jeśli pamiętać nadto o szacownym charakterze kórnickiej książnicy, jej zasłużonej naukowej renomie oraz walorach zgromadzonego tam księgozbioru – decyzja pisarza, żeby cennym darem wzbogacić właśnie zbiory zamku w Kórniku, wydaje się całkiem zrozumiała.

Gdy w środę wieczorem, w sali na piętrze poznańskiej restauracji „Gościniec św. Huberta” uczestnicy i goście spoza Wielkopolski spotkali się na powitalnej kolacji z gospodarzami owych „Dni Łysiaka...”, które zresztą jeden z przyjaciół pisarza obdarzył wdzięcznym mianem Łysiakiady, prof. dr hab. Stanisław Sierpowski, dyrektor Biblioteki Kórnickiej i pomysłodawca imprezy, miał już za sobą osiem miesięcy negocjacji, uzgodnień i przygotowań. – Bierzemy, ale chcemy też dać coś w zamian – mówił prof. Sierpowski, tłumacząc powody, dla których uroczystość podpisania aktów notarialnych w sprawie darowizny postanowił poprzedzić dwudniowymi „obchodami ku czci” donatora.

Łysiak, który w ostatnich latach niechętnie rezygnuje ze swej prywatności, zgodził się ostatecznie na udział w Czwartku Literackim i konferencji prasowej w Pałacu Działyńskich. Z wyraźną uwagą przysłuchiwał się też wystąpieniom uczestników seminarium odbytego w czwartkowe przedpołudnie. Prof. dr hab. Stanisław Mikołajczak, z UAM, scharakteryzował język jego prozy, podkreślając zwłaszcza skłonność do wyliczeń oraz tworzenia neologizmów, traktowanych jako narzędzia kształtowania wyrazu artystycznego. Uwagi praktyka, marszanda i kolekcjonera, „O pożytkach «Malarstwa białego człowieka»” interesująco przedstawił Andrzej Ochalski z Warszawy. Natomiast ks. Grzegorz Wąsowski, historyk sztuki z KUL, dzieląc się refleksjami o języku dzieł sztuki malarskiej, zaakcentował związek „artystycznego języka mistrzów” z procesem żmudnego „pozyskiwania władzy nad materią i duchem sztuki”, ale również z „ich życiem, pełnym potu, krwi, miłosnych przygód”. Nie koniec na tym. Po przerwie, gdy patriotyzm lokalny wielkopolan został już zaspokojony przez precyzyjne wystąpienie dr Wysockiej, Tomasz Szturo, młody doktorant z Gdańska, przedstawił ambitną i kunsztowną wykładnię „Fletu z mandragory”, a niżej podpisany omówił aksjologiczne podwaliny Panałysiakowej publicystyki.

Wieczorem podczas setnego Czwartku Literackiego Sala Czerwona Pałacu Działyńskich pękała w szwach. Ludzie stali pod ścianami, siedzieli na podłodze, tłoczyli się też na korytarzu. O formie Łysiaka, który przez ponad dwie godziny odpowiadał na pytania swych czytelników, najlepiej świadczy fakt, że mimo zrozumiałych emocji potrafił „wygrać” dwie niekorzystne dla siebie okoliczności. Wpierw zręcznie i skutecznie sparował ataki leciwej antagonistki, która otwarcie zadeklarowała swój brak sympatii dla pisarza i jego poglądów. Ale prawdziwym majstersztykiem było to, czego dokonał Łysiak, wtedy gdy podczas jego dynamicznych pasaży między stołem prezydialnym a pierwszym rzędem foteli... pękł mu lewy but – z ulubionej pary kremowych mokasynów, przywiezionych przez pisarza z podróży do Włoch! Szkoda że państwo tego nie słyszeli.

Lis w Kórniku?

Można powiedzieć, że Łysiakiada rozwijała się planowo. Prof. Sierpowski, najwyraźniej zadowolony z przebiegu „Dni...” zapowiedział utworzenie w Bibliotece Kórnickiej Ośrodka Dokumentacji Twórczości Waldemara Łysiaka, a także książkową publikację wystąpień uczestników „łysiakologicznego” seminarium. Poznańczycy, po udanym wieczorze autorskim, otrzymali kilkaset autografów pisarza. Zacieśniały się kontakty, z ożywieniem prowadzono rozmowy kuluarowe... Ale gwoli prawdy, trzeba też uwzględnić inny, nieco podskórny wątek zdarzeń, które zamąciły atmosferę poznańskiego święta. Wprawdzie wbrew dżentelmeńskiej umowie, darczyńca nie dostał „honorarium” w postaci ulubionej przez siebie gęsi i musiał obejść się smakiem, ale przyjął ten fakt ze stoickim spokojem. Poszło natomiast o coś znacznie poważniejszego, o politykę! A przede wszystkim – o ostateczną postać notarialnych umów darowizny!

Z tą polityką było tak. Najpierw, we wrześniu br. – jeszcze w trakcie kampanii – Gazeta Wielkopolska, czyli poznański dodatek do Wyborczej, przyznała prof. Sierpowskiemu dwie „czarne pyry” za dystrybucję ulotek wyborczych SLD podczas konferencji prasowej związanej z darowizną Łysiaka. Z kolei na tydzień przed finałem Łysiakiady dyrektor Biblioteki Kórnickiej sam sobie wbił gola, udzielając osobliwego wywiadu Trybunie („motorem postępu w Polsce była lewica”).

Wywiad nieco pisarza zirytował. Trzeba wyraźnie podkreślić, że autor „Stulecia kłamców” postanowił wzbogacić zbiory kórnickie nie tylko o pierwodruk „Trenów” Kochanowskiego z 1580 roku, lecz miał jednocześnie drugim aktem przenieść na tę bibliotekę prawo własności dużej – liczącej trzy tysiące woluminów – kolekcji XIX-wiecznych książek w tzw. oprawach nakładowych. Wiadomo też, że podobnie jak każdy kolekcjoner i bibliofil, Łysiak nie chciałby zbyt szybko rozstawać się ze swymi skarbami. Toteż precyzyjnie negocjowane przez kilka miesięcy umowy przewidywały w obu przypadkach zarówno notarialne przeniesienie pełnych praw własności na Bibliotekę Kórnicką, jak i klauzule stwierdzające jednoznacznie, że „dożywotnim depozytariuszem” darowanych przedmiotów będzie ich dotychczasowy właściciel, czyli Waldemar Łysiak. To zresztą tradycyjna formuła, praktykowana przy aktach darowizn tego rodzaju od kilku stuleci.

Umowy, w kształcie zaakceptowanym przez obie strony, były już gotowe na dwa tygodnie przed planowanym terminem ich podpisania. Ponieważ dodatkowo Łysiak przywiózł dla Biblioteki Kórnickiej wykwintne faksymile „Trenów” zgodnie postanowiono dopisać je do umowy o darowiźnie jako tzw. dokumentarny załącznik. W czwartek wieczorem, podczas kolacji w piwnicy restauracji „Sfinks”, na życzenie prof. Sierpowskiego, własnoręczny dopisek na brulionie stosownej umowy złożył darczyńca. Jednak następnego dnia w południe podsunięto mu do podpisania jakieś inne dokumenty. – To był zupełnie odmienny język. W tekście pojawiły się trzy nowe paragrafy. Natomiast skutecznie zniknęła z obu umów kategoria „dożywotniego depozytariusza”. I właśnie to doprowadziło mnie do pasji – mówi pisarz.

Dłużej klasztora niż przeora

Prezes Towarzystwa Przyjaciół Książki Michał Hilchen, jeden z zaproszonych przez Łysiaka gości, rozumie przyczyny tego wybuchu. W środowisku kolekcjonerów zbyt dobrze bowiem pamięta się smutną historię Jerzego Dunin-Borkowskiego z Krośniewic. Otóż, wielce zasłużony dla kultury „hetman kolekcjonerów polskich” na wskutek źle sformułowanej umowy, która czyniła go dożywotnim „kuratorem” zamiast takimże „depozytariuszem”, z dnia na dzień stracił wpływ na swoją kolekcję. – A były to zbiory niezwykle bogate, idące w tysiące, jeśli nie wręcz w dziesiątki tysięcy eksponatów. Dokumenty, rękopisy królewskie, stare druki, książki, obrazy, meble, porcelana, srebra, naczynia apteczne, militaria, numizmaty – mówi prezes Hilchen. Co gorsza, jego zdaniem, zmarły przed 9 laty Dunin-Borkowski odchodził ze świata w przekonaniu, że ta wspaniała kolekcja ulegnie rozproszeniu. Czy kolekcjonera może spotkać coś gorszego?

Dr Wanda Karkucińska, która kieruje działem zbiorów specjalnych Biblioteki Kórnickiej i może lepiej od innych rozumie pasje bibliofilskie, zauważa pewne analogie między twórcą tutejszych zbiorów a Łysiakiem. Gdy Tytus Działyński, zapalony kolekcjoner polskich książek, wpadał we wściekłość – rodzina chowała się po kątach. Jego córki chodziły w barchanach, za to ojciec kupił napoleoński rękopis „na wagę złota”. Dr Karkucińska jest nawet gotowa rzucić palenie, żeby tylko doszło do tej darowizny! Biblioteka w Kórniku słynie przecież z rzadkich, wręcz unikatowych pozycji, takich jak choćby „Rytmy abo wiersze polskie”, jedyny zachowany utwór Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego.

Podobnie uważa prof. Mikołajczak, znawca prozy Łysiaka, ale też prodziekan wydziału filologii polskiej i klasycznej uniwersytetu poznańskiego. Jego zdaniem, choć wina bezspornie leży po stronie szefostwa biblioteki, należałoby zrobić wszystko, by jednak doszło do zapowiadanej donacji. Oczywiście, oburzenie darczyńcy i jego nagły wyjazd z Kórnika są całkowicie zrozumiałe, ale teraz emocje powinny ustąpić już racjom wyższym, a skłonności charakterologiczne – względom kulturowym. Wielkopolanie z pewnością by to docenili, gdyby pisarz w uznaniu rangi instytucji uczynił ten wielkoduszny gest.

Pozostaje tylko dopowiedzieć i to, że próby mediacji między pisarzem a dyrektorem biblioteki podejmowali m. in. Michał Hilchen i red. Ryszard Dyliński. Co ciekawe, udało im się skłonić Łysiaka do przyjęcia publicznych przeprosin, jednak pod warunkiem że prof. Sierpowski, oprócz aktu skruchy, jednoznacznie przyzna się do winy. Niestety, szef kórnickiej książnicy z niezrozumiałych powodów nie skorzystał z tej szansy. Przeciwnie, w wywiadzie udzielonym na gorąco, zaraz po skandalu, na pytanie dziennikarza o możliwość przekazania bibliotece „Trenów” odpowiedział: – Myślę, że to już nieaktualne.

Miejmy jednak nadzieję, że pierwodruk „Trenów”, zgodnie z wolą donatora, trafi ostatecznie do kórnickiego Zamku. Czyż zresztą można sobie wymarzyć dlań lepsze miejsce niż obok Rejowego „Żywota Józefa” lub „Historyi o chwalebnym zmartwychwstaniu Pańskim” Mikołaja z Wilkowiecka?

„Tygodnik Solidarność” nr , z 2001