strona główna arrow kultura arrow Mackiewicz przed Nike

„Gnój” czy „Kalahari”? Wystarczy przeczytać te dwie książki, by zrozumieć, że porównanie z Nagrodą im. Mackiewicza nie wypada dla Nike zbyt korzystnie.

Mackiewicz przed Nike

Literacka Nagroda im. Józefa Mackiewicza z roku na rok krzepnie i obrasta ciekawymi inicjatywami. Można powiedzieć, że się instytucjonalizuje, czyli utrwala w świadomości czytelników, wydawców oraz twórców, zwłaszcza tych, którym trudno byłoby liczyć na poparcie tzw. salonu. Laur Mackiewicza zapewnił już sobie miejsce w dorocznym kalendarzu imprez literackich. I jest to miejsce dobre, zarówno ze względów pragmatycznych (bo po Noblu i Nike), jak i ideowych. 11. listopada, rocznica Odzyskania Niepodległości, wydaje się stosownym terminem dla nagrody, której patronuje autor „Kontry”.

Mackiewicz jako news

Trzecia edycja NiM przyniosła kilka innowacji. Zrezygnowano z wcześniejszego ogłaszania werdyktu, co podniosło atrakcyjność ascetycznej z założenia ceremonii dekoracji laureatów. Gdy Marek Nowakowski, przewodniczący dziesięcioosobowej chwilowo Kapituły Nagrody im. Mackiewicza zabrał głos, w sali stołecznego Centrum Multimedialnego „Foksal” zaraz zrobiło się cicho... Tak, nazwisko zdobywcy nagrody konkurencyjnej wobec Nike jest już newsem. Natomiast wręczanie medali i dyplomów, laudacje, podziękowania – to tylko celebra. Niewielu laureatów potrafi się przecież zdobyć na show, jaki przedstawił zeszłoroczny zwycięzca Marek Jan Chodakiewicz.

W przeciwieństwie do swej potężnej rywalki, czyli Nagrody Nike, stanowiącej wyraz ideologicznych ambicji środowiska Gazety Wyborczej oraz dowód finansowej potęgi Agory – laur Mackiewicza jest rezultatem spontanicznej „prywatnej inicjatywy”, która swe istnienie zawdzięcza staraniom i szczodrości niewielkiej, choć stale rosnącej grupy osób. Pomysłodawcę Stanisława Michalkiewicza oraz Kapitułę NiM wsparło początkowo tylko dwóch przedsiębiorców – polski z Tarnowa, polonijny z Kaliforni – którzy wespół, w równych częściach, ufundowali nagrodę w wysokości 7 tysięcy dolarów amerykańskich. W tym roku, dzięki ofiarodawcy ze Szwecji, wzrosła ona o kolejny tysiąc USD. Są nadzieje, że jej zdobywca w przyszłym roku otrzyma czek na jeszcze wyższą kwotę.

Zainteresowanie nagrodą literacką alternatywną wobec starszej o 5 lat Nike zaowocowało od razu ustanowieniem dwóch wyróżnień, które pozwalają poszerzyć krąg dzieł nobilitowanych przez mackiewiczowskie jury. Nie koniec na tym. Wszystkim tegorocznym laureatom, oprócz tradycyjnych już dyplomów i medali, wręczono popiersia Józefa Mackiewicza. I tym razem jest to rezultat oddolnej inicjatywy właścicieli pracowni rzeźbiarskiej zajmującej się wytwarzaniem figur, posążków i statuetek.

Dwa różne sita

Kapitule NiM nie szło nigdy o jakieś ściganie się z Nike, lecz przy wszystkich różnicach tych dwóch przedsięwzięć – z odrębnością kryteriów artystycznych oraz celów pozaliterackich na czele – pewne porównania same się narzucają. Przed rokiem poważnym, bo jednym z siedmiu tylko kandydatów do Nagrody Mackiewicza był Jarosław Marek Rymkiewicz, za tom poezji „Zachód słońca w Milanówku”. I te wiersze przyniosły poecie triumf ... ale w Nike, której jurorzy ogłosili Rymkiewicza zwycięzcą w swoim konkursie.

W tym roku obszar wspólnych zainteresowań jeszcze się poszerzył. „Kalahari” Wojciecha Albińskiego i „Tartak” Daniela Odiji znalazły się zarówno wśród dwudziestu tytułów nominowanych do Nagrody Nike, jak i na liście dziesięciu nominacji do Nagrody Mackiewicza. O ile jednak powieść Odiji trafiła do grona siedmiu tzw. finalistów (konkurs Nike jest trójstopniowy), o tyle zbiór afrykańskich opowiadań Albińskiego przepadł zaraz po pierwszym etapie. Za to pełny sukces – u jurorów Nike, pod wodzą prof. Marii Janion, oraz w plebiscycie czytelników „GW” – odniósł mocno lansowany „Gnój” Wojciecha Kuczoka. Powieść o tzw. toksycznej rodzinie czym prędzej zekranizowano („Pręgi” reżyserowała Magdalena Piekorz, autorka osławionych „Dziewcząt z Szymanowa”), nagrodzono na festiwalu filmowym w Gdyni i zarekomendowano do oscarowych zmagań.

Lament nad Babilonem

– Nad czym jest ten lament? Cóż, nie nad gnojem, którym dzisiejsi pisarze z awansu tak lubią napluć w zmrużone oczy czytelników, użalając się nad sobą. Napędem prozy Holewińskiego jest historia Polski minionego wieku: wielka i ponura – mówił na Foksal historyk i naczelny redaktor Arcanów Andrzej Nowak, członek Kapituły NiM, dowodząc, że laudacja wcale nie musi być patetyczna i nudna.

Tadeusz Danilewicz, bohater „Lamentu nad Babilonem”, istniał naprawdę i naprawdę był bohaterem. Urodzony u schyłku XIX stulecia przez całe swe życie walczył o Polskę... Jeśli nasza Ojczyzna mogła się odrodzić, to właśnie dzięki ofierze takich jak on.

– Oszczędna, surowa forma, dialogi precyzyjnie oddające klimat, środowisko, czas, wszystko to, wraz z powagą moralną tej prozy, pozwala szukać jej bliskich antenatów w powieściach Józefa Mackiewicza i Stanisława Rembeka, w opowiadaniach Herlinga-Grudzińskiego i Warłama Szałamowa – wyliczał dr Nowak walory debiutanckiej powieści Wacława Holewińskiego.

– Ale czy autor miał ją w ogóle prawo napisać? – pytał z pewną przekorą krakowski historyk. – Rembek był „w polu” i miał w ręce „nagan”; Herling z setkami tysięcy polskich jeńców zwiedził dokładnie „inny świat”, Mackiewicz bił się w 1920. A Holewiński urodził się w roku 1956. Jego odwagę sprawdzały nie frontowe czy łagrowe doświadczenia, lecz „zaledwie” esbeckie prześladowania, „internat” w stanie wojennym, prowadzenie podziemnego wydawnictwa „Przedświt”...

– Nie wiem, czy jurorzy od Nagrody Mackiewicza znają się na literaturze, jeśli wyróżnili książkę, której Bardzo Ważna Gazeta nie zechciała nawet zrecenzować – odparł w równie żartobliwym tonie autor „Lamentu nad Babilonem”.

Wielkie wymieranie

Drugie wyróżnienie otrzymała prof. Anna Pawełczyńska za „Koniec kresowego świata”. Jej książka, trochę nietypowa w roku obfitującym przede wszystkim w dobrą prozę, dowodzi żywotności problematyki związanej z Kresami Rzeczypospolitej. Wołyń przywołany w fundamentalnej pracy Siemaszków. Potem – za sprawą Chodakiewicza – leżące na Nowogródczyźnie Ejszyszki. Teraz, dzięki Pawełczyńskiej, przyszedł czas na Podole.

– Nauki przyrodnicze znają pojęcie wielkiego wymierania gatunków, do którego dochodzi w wyniku kataklizmów lub gwałtownych zmian klimatycznych. Książka Anny Pawełczyńskiej to opowieść o wielkim wymieraniu pewnej warstwy społecznej, choć może należałoby raczej mówić o wielkim wybijaniu przez nieubłagane siły postępu polskiej szlachty, która trwała na Kresach Wschodnich już od ośmiuset lat – powiedział podczas laudacji Stanisław Michalkiewicz.

Marek Nowakowski uważa, że prof. Pawełczyńska dokonała sztuki niezwykłej. Dzięki umiejętnemu wyzyskaniu bogatego zbioru dokumentów rodzinnych potrafiła odtworzyć dawną kresową rzeczywistość i ukazać współżycie polskiego dworu z ukraińskim chłopstwem, także kontakty szlachty z Żydami. W rękach wybitnego socjologa, te metryki, świadectwa, akty zgonu, testamenty, listy i zapiski, działy majątkowe, spisy inwentarzowe, dzierżawy, dokumentacja inwestycji czy kontrakty zbożowe ponownie ożyły, dostarczając bogatej wiedzy o kulturze, tradycji, życiu codziennym.

– Plastyczne opisy krajobrazu, wyrazistość postaci, epicki rozmach. To trochę saga utraconego raju, napisana z dbałością o prawdę oraz urodę używanej polszczyzny – podkreśla przewodniczący Kapituły.

Jej sekretarz Michalkiewicz dodaje:

– Kiedyś ludzie nie bali się swych dzieci, a dzieci miały wsparcie w rodzicach. Rodziny nie były wtedy toksyczne, bo żyło się wartościami cywilizacji katolickiej. Świata polskich rodów szlacheckich na Kresach, tego świata Dyakowskich, Ruszczyców czy Tołłoczków już nie ma. Ale przejmująca opowieść prof. Pawełczyńskiej przywołuje jego prawdziwy obraz, pozwala jeszcze raz spojrzeć na minione piękno.

Czarni i Biali w kolorze

Jurorzy NiM są zadowoleni. Wybór „Kalahari” nie budzi wątpliwości. Wprawdzie rozważano też inną kandydaturę, ale tom opowiadań Albińskiego uzyskał przeszło dwie trzecie głosów, odnosząc niekwestionowane zwycięstwo.

– Kalahari to pustynia w południowej Afryce, tworzą ją błotne rozlewiska i depresje oraz piaszczyste wzgórza. Egzotycznie zatytułowana książka Albińskiego, który od przeszło trzydziestu lat pracował jako geodeta w Botswanie i RPA, formalnie jest jego debiutem. Ale to proza dojrzała, wręcz znakomita. Jej styl i temat nie mają u nas właściwie odpowiedników – zaczął swą laudację prof. Jacek Trznadel.

Opis kolizji moralności europejskiej z włączanymi w globalny obieg innymi kręgami cywilizacyjnymi, w tym i tzw. Czarnym Lądem, skłania do porównań z tematyką twórczości Josepha Conrada oraz Johna Maxwella Coetzee’go. Ale – precyzuje prof. Trznadel – w kreślonym przez Albińskiego obrazie świata po apartheidzie idzie o coś więcej niż tylko zderzenie etosów przymierzanych do etycznej normy. Tu, inaczej niż u Conrada, nie ma już szlachetnego narratora-outsidera. A w nieskrępowanym zasadą politpopu wskazywaniu na rasowe i kulturowe uwarunkowania bohaterów swej prozy zamieszkały w Johannesburgu Albiński jest odważniejszy niż zeszłoroczny noblista.

Autor „Kalahari” i wydanego właśnie drugiego zbioru opowiadań „Królestwo potrzebuje kata” nie odczuwa literackiego pokrewieństwa z Coetzee’m, którego w rozmowie z Tygodnikiem Solidarność nazwał, nie bez racji przecież, akademikiem.

– Coetzee zaczyna od nadrzędnego pomysłu, ja od opisu konkretnych ludzkich zachowań i sytuacji. Zależy mi jedynie na tym, aby prawdziwie pokazać, co się dzieje, gdy Biali spotykają się z cywilizacją Czarnej Afryki, a jej rdzenni mieszkańcy są konfrontowani z dorobkiem nowoczesnej cywilizacji zachodniej. Działalność utworzonej w RPA po upadku apartheidu Komisji Prawdy i Pojednania dowodzi, że takie spotkanie jest możliwe, a nawet bywa pożyteczne – mówił Albiński, równie powściągliwy i elegancki jak jego proza.

„Tygodnik Solidarność” nr 48, z 25 listopada 2004