strona główna arrow kultura arrow Ukąszony Fukuyama

Francis Fukuyama ma status gwiazdy. Cytowany i wydawany na całym świecie. Oblegany przez media. Ale czy rozumiany? Po wizycie w Warszawie Gazeta Wyborcza – wbrew oczywistym faktom – przedstawiła go jako „obrońcę Kościoła katolickiego”.

Ukąszony Fukuyama

Sala na trzecim piętrze nowego gmachu Biblioteki UW, potocznie zwanego przez studentów Alcatraz, bez problemu pomieściła około setki osób, które przyszły na promocję kolejnej książki autora prowokacyjnej, więc głośnej swego czasu tezy o tzw. końcu historii. Autorska wykładnia tego, co ówczesny współpracownik Korporacji Rand w Waszyngtonie chciał oznajmić swoim czytelnikom, pisząc latem 1989 roku artykuł dla czasopisma „Interes narodowy”, brzmi następująco: „Dowodziłem tam, iż w ostatnich latach wyraźnie zwycięża pogląd o wyższości liberalnej demokracji, która kolejno pokonała rywalizujące z nią monarchię dziedziczną, faszyzm i w końcu komunizm, nad innymi ustrojami politycznymi. Co więcej, może ona wyznaczyć «ostatnią fazę ideologicznej ewolucji ludzkości», a tym samym ukonstytuować «ostateczną formę rządu», która stanowić będzie rzeczywisty «koniec historii».”

W istocie, autora „Końca historii i ostatniego człowieka”, „Zaufania” i najnowszego „Wielkiego wstrząsu” nie interesował wcale bezinteresowny poznawczo dyskurs naukowy, czyli zaledwie głoszenie wyższości wyznawanych przez siebie poglądów. Francis Fukuyama, politolog i filozof, a także były pracownik departamentu Stanu USA, postanowił niezbicie i raz na zawsze udowodnić, że jednolite społeczeństwo obywatelskie, wolny rynek i demokratyczne procedury wyłaniania władzy politycznej są nieuchronnym i ostatecznym celem ludzkości. „Tylko liberalna demokracja nie jest obciążona fundamentalnymi wadami, sprzecznościami wewnętrznymi oraz niedostatkiem racjonalności, czyli tym, co wiodło dawne ustroje do nieuchronnego upadku” – stwierdzał Fukuyama we wstępie do swej pierwszej książki.

Koniec historii? A Kuryle?

Ogłaszanie „końca historii” , zwłaszcza ludziom, którzy ani nie dostrzegają jeszcze zwiastunów Apokalipsy, ani nie słyszą w mediach zapowiedzi rychłej, grożącej Ziemi katastrofy kosmicznej, nie jest z pewnością zajęciem wdzięcznym. Francis Fukuyama przekonał się o tym na własnej skórze. Po pierwsze, stwierdzanie kresu czegoś, co trwa w najlepsze – w kategoriach zdroworozsądkowych po prostu nie do przyjęcia – łamie ważną zasadę poznawczą, która odradza, przynajmniej ludziom nauki, kategoryczne diagnozy co do słabo przewidywalnej przyszłości. Dla części oponentów, nie tylko chyba z Trzeciego Świata, niemiłą uzurpacją musiało się wydać zawarte w przesłaniu Fukuyamy przeświadczenie, że historycznym wcieleniem „wewnętrznego ładu i rozumności” ma być rzeczywistość współczesnych Stanów Zjednoczonych. I niewiele łagodził tę sytuację fakt, że słyszą to od Amerykanina pochodzenia japońskiego. A tak na marginesie: czy naprawdę można mówić o końcu historii, gdy Kurdowie nadal nie mają swojego państwa, Tybet tkwi w uścisku imperialnych Chin, zarzewie wojny wciąż się tli na Bliskim Wschodzie, a Wyspy Kurylskie pozostają w rękach Rosjan?

Uczeń Hegla, Marksa i Kojeve’a

Trudno się dziwić, że amerykański politolog Fukuyama wystąpił z mocną – podczas spotkania w BUW Jacek Żakowski określił ją mianem ideologicznej – tezą o ogromnych, wręcz nieprzekraczalnych, zaletach ustroju demokratyczno-liberalnego. Niełatwo jednak zrozumieć, dlaczego Fukuyama, filozof amerykański, postanowił uzasadniać ją przy pomocy klasycznej filozofii (Kant, Hegel) i postfilozofii (Marks, Kojeve) europejskiej. „Hegla i Marksa łączyło przekonanie – pisał w „Końcu historii” – iż ewolucja form ludzkiego społeczeństwa nie jest procesem ad infinitum, lecz ma swój wyraźny finał, który nastąpi, kiedy najgłębsze i fundamentalne pragnienia człowieka zostaną wreszcie zaspokojone. (...) Rzeczonego końca nie należy utożsamiać z zanikiem naturalnego cyklu narodzin, życia i śmierci. Nie zejdą także z areny dziejowej tzw. ważne wydarzenia i nie zabraknie opisujących je gazet. Stanie się natomiast coś innego: nie będzie już dalszego rozwoju podstawowych zasad oraz społecznych instytucji, wszystkie istotne problemy znajdą bowiem swe ostateczne rozwiązanie”.

Zapewne brzmi to, zwłaszcza dla młodych uszu, bardzo zachęcająco, ale i musi zdumiewać brakiem krytycyzmu, skądinąd bardzo przez niemiecką filozofię klasyczną zalecanego. Sam Fukuyama przyznaje przecież, że Hegel – uznając państwo pruskie (liberalne, a może raczej konserwatywne?) po roku 1806 za zwieńczenie powszechnej historii ludzkości – nie przewidział choćby totalitaryzmów Hitlera czy Stalina. W dodatku, właściwy heglowskiej historiozofii finalizm odnosił się do samorozwoju utożsamianego z Historią –Ducha obiektywnego. Natomiast Marksowskie oraz marksistowskie mrzonki o urzeczywistnianiu fałszywej, wyspekulowanej koncepcji „postępu” i próby wdrażania „obiektywnych praw historii” przez funkcjonariuszy materializmu historycznego – odczuliśmy w tej części Europy zbyt mocno na własnej skórze, aby dać posłuch syrenim śpiewom Fukuyamy. Niech się zatem autor „Ostatniego człowieka” nie dziwi, że „uznanie historii za proces ukierunkowany, sensowny i postępowy jest obce głównym trendom intelektualnym naszych czasów”, a ktoś, kto konstruuje wykładnię światowej historii „zgodnie z podejściem Hegla, naraża się obecnie na szydercze bądź protekcjonalne uwagi”. Cóż, pokąsanemu zawsze grozi seria bolesnych zastrzyków. Dla jego własnego dobra.

48-letni dziś Fukuyama, wykładowca filozofii politycznej i politologii na waszyngtońskim Uniwersytecie George’a Masona, jawi się przede wszystkim jako autor książek skazanych na powodzenie na całym świecie. Ich lektura pozwala mówić o lekkim piórze, a także zadumać się nad rozległością zainteresowań, obfitością analizowanych i cytowanych źródeł, wreszcie umiejętnością prowadzenia nieczęstej dziś transdyscyplinarnej refleksji. Ale tradycyjne atuty intelektualisty u Fukuyamy przejawiają się niejednokrotnie w swej negatywności. Można by np. odnieść wrażenie, że natłok faktów, cytatów, obrazów – chwilami bliski temu, co zwykliśmy nazywać gonitwą myśli – jest przeniesioną na wyższy stopień abstrakcji próbą zaprojektowania nowego systemu normatywnego, takiej swoistej wielokulturowej, relatywistycznej etyki sytuacyjnej bez odniesienia do tradycyjnych wartości moralnych. I oczywiście, bez tradycyjnego – opartego o religię – ich uzasadnienia.

Areligijny globalista

Deklarując w Warszawie odmienne od katolickiego „stanowisko” w sprawie aborcji, amerykański gość zastrzegł się, że nie oznacza to bynajmniej jego wrogości wobec Kościoła. Na poziomie kurtuazyjnej retoryki, z pewnością nie. Ale, jeśli społeczeństwo potrzebuje norm i zasad, istotne jest pytanie: „czyje zasady powinny obowiązywać?”. Na poziomie zachowań społecznych postawy typu pro choice pozostają w nieuchronnym konflikcie z postawami pro life. A jak to widzi Fukuyama? „W zamożnym, wolnym i zróżnicowanym społeczeństwie amerykańskim końca XX wieku słowo kultura zostało związane z pojęciem wyboru. (...) W hierarchii cnót moralnych tolerancja stoi wyżej niż moralizm – próba sądzenia ludzi na podstawie własnych zasad moralnych czy kulturalnych uchodzi za największy grzech”. Okazuje się więc, że największym amerykańskim grzechem jest osądzanie. Oczywiście, jedynie osądzanie relatywisty. Osądzanie fundamentalisty stanowi już bowiem znowu cnotę.

Fundamentalizm religijny kojarzy się dziś najczęściej z postawą wyznawców islamu. „Islam zdołał rzeczywiście pokonać demokrację liberalną na dużych połaciach świata muzułmańskiego i stanowi zagrożenie nawet tam, gdzie jeszcze nie przejął władzy” – pisze Fukuyama w „Końcu historii”, nie zauważając, że przebija przez te słowa zabawna gorycz zawiedzionego zeloty globalizmu. Antyreligijność jest zresztą bodaj najtrwalszym składnikiem jego otwarcie deklarowanego poglądu na świat, także wtedy gdy wyraża opinie w rodzaju: „Człowiek wierzący, na przykład, realizuje potrzebę uznania poprzez żądanie szacunku dla swych bogów i praktyk religijnych; nacjonalista z kolei wymaga uznania języka narodowego, kultury lub grupy etnicznej. (...) Dlatego religię, nacjonalizm, a także pewien zestaw uznawanych za moralne zachowań i zwyczajów (a więc szeroko rozumianą lokalną kulturę) traktowano jako przeszkody na drodze ku demokratycznym instytucjom politycznym i gospodarce wolnorynkowej”.

Znamienny wydaje się fakt, że Fukuyama, kiedyś zwolennik heglowskiego historyzmu, podkreśla obecnie zasadniczą niezmienność natury ludzkiej i jej rolę w odtwarzaniu tzw. kapitału społecznego. Amerykański uczony określa tym mianem zespół norm i wartości nieformalnych, które budują zaufanie między członkami grupy i umożliwiają koordynację działań, czyli współpracę. Ta sieć powiązań, stanowiąca w istocie formę kontroli społecznej, w wyniku „wielkiego wstrząsu” spowodowanego przejściem do ery postindustrialnej została mocno nadwerężona. Przez – jak twierdzi Fukuyama – dynamiczny rozwój technologii warunkujący zarówno zmianę gospodarczą, jak i moralną. Ale – uspokaja nas – „ludzie będą tworzyć dla siebie zasady moralne po części dlatego, że z natury są do tego skłonni, po części też dlatego, że wynika to z ich dążenia do realizacji własnych interesów”. Jego zdaniem, wrodzona skłonność moralna wiąże się z określoną modularną strukturą ludzkiego mózgu. Mimo to – według Fukuyamy – rekonstrukcje systemów normatywnych znajdą w przyszłości oparcie raczej w uniwersalizującej, postchrześcijańskiej polityce globalistów niż w „zdecentralizowanych”, czyli oderwanych od władzy państwowej wielkich religiach, które skądinąd po dziś dzień wyznaczają granice cywilizacji: muzułmańskiej, żydowskiej, chrześcijańskiej, hinduskiej czy konfucjańskiej.

Blisko dwieście lat temu Hegel twierdził m.in., że „prawda jest zrelatywizowana względem historii” , a „w krainie wolności” człowiek „może stwarzać swą własną naturę”. Fukuyama nie odwołał w Warszawie swego podziwu dla niemieckiego filozofa, mimo iż dziś sam głosi niezmienność natury ludzkiej. Dziwna to jednak „niezmienność”, skoro w tak podstawowej sprawie jak treść norm moralnych natura ludzka miałaby ulegać politycznym życzeniom globalistów. Cóż więc to jest? Zwykłe przeoczenie? Czy raczej kolejna próba chytrego rozumu marzącego o przeprogramowaniu człowieka?

„Tygodnik Solidarność” nr , z grudnia 2000