strona główna arrow kultura arrow Rozdęte ego Lema

Lem zawsze był antyklerykalny i komunizował, ale starał się przynajmniej racjonalnie uzasadniać swoje opinie. Teraz już tylko obraża.
A nawet fałszuje związki między faktami.

Rozdęte ego Lema

Z Lemem zawsze były kłopoty. Jego obfite dzieło trudno nazwać wybitną literaturą. Wczesna beletrystyka, oprócz „Szpitala Przemienienia”, nosi często znamiona antyimperialistycznej agitki, pozbawionej w dodatku myślowej dyscypliny, do której przywykli czytelnicy późniejszego Lema-eseisty. Pisał o tym niedawno, z okazji wznowienia „Obłoku Magellana”, Marek Oramus, pisarz i znawca SF, przez 14 lat kierownik działu krytyki w „Nowej Fantastyce”.

Piewca czerwonej utopii

Przeprowadzona przez niego analiza (M. Oramus, „Czerwona utopia Stanisława Lema”, Fronda nr 37/2005) nie pozostawia złudzeń: w nudnej i schematycznej jak socjalizm, fatalnej stylistycznie oraz całkowicie chybionej w prognozach powieści autor fałszuje nawet fizykę, byle tylko „dokopać” amerykańskim imperialistom. Ideologiczne zaczadzenie młodego Lema komunizmem trwało długo, zbyt długo, aby można je wytłumaczyć tylko koniecznością złożenia daniny za prawo do statusu literata. Później zresztą, zapewne w trosce o poprawienie swego wizerunku, Lem nałożył na „Obłok...” embargo i przez 35 lat (aż do 2005) nie udzielał zgody na wznowienie swej „czerwonej utopii”, która wbrew życzliwym mu interpretatorom była – jak uważa Oramus – raczej żarliwym wyznaniem wiary niż niechętnie świadczonym serwitutem na rzecz władzy.

Zacietrzewienie polityczne, które przy pisaniu „Obłoku...” skłoniło Lema do zignorowania praw fizyki, dało też znać o sobie w wywiadzie udzielonym Przemysławowi Szubartowiczowi („Przegląd” nr 51/2005). Snując wizje przyszłości zagrożonej zagładą nuklearną lub terroryzmem, znany pisarz rezygnuje z logiki i oznajmia, że „hordy moherowych beretów nic nam nie pomogą, jeśli jacyś Arabowie zechcą w warszawskim metrze podłożyć bombę”.

Mówca zręczny, intelektualnie nierzetelny

Sugestię łatwo odczytać: jeśli coś złego się stanie, to przez te „moherowe hordy”, które potrafią tylko ściągnąć katastrofę, ale zaradzić jej skutkom już nie! Desygnat „moheru” jest w intencjach Lema oczywisty: to media o. Tadeusza Rydzyka CSsR i wszyscy, którzy głosowali na PiS, LPR oraz Lecha Kaczyńskiego. Na dokładkę, pewnie i Młodzież Wszechpolska.

Wiadomo też za co dostaniemy od tych Arabów... Oczywiście, „za wspólną z Amerykanami inwazję na Irak”, która w dodatku – akcentuje Lem – nie przyniosła nam żadnych wymiernych korzyści. Co do braku korzyści oraz wątpliwych przesłanek tej wojny, a zwłaszcza naszego w niej udziału ma niewątpliwie rację, ale dlaczego znany
z błyskotliwego intelektu pisarz kieruje swoje oskarżenia pod niewłaściwym adresem?

Decyzję o udziale Polski w irackiej operacji (mimo braku mandatu ONZ) podjęła lewica, sprawująca wówczas niepodzielnie władzę w kraju, a konkretnie urzędujący prezydent Kwaśniewski, premier Miller i zdominowany przez SLD parlament. Stało się tak wbrew opinii większości Polaków, którzy byli przeciwni wysyłaniu naszych wojsk
do Iraku. Także wbrew głosom płynącym z Kościoła katolickiego, a zwłaszcza wbrew dramatycznym i jednoznacznym apelom Jana Pawła II, który wzywał Stany Zjednoczone do użycia innych niż militarne metod rozwiązania problemu irackiego.

Lem udaje, że o tym nie pamięta i jeszcze z głupia frant wychwala prezydenturę Kwaśniewskiego. „Ci, którzy go dzisiaj opluwają, przekonają się kiedyś, że nie mieli racji. Oczywiście, on nie był aniołem, ale znał języki, godnie nas reprezentował, pełnił swój urząd, tak jak należało”. Zręczne to? Czy raczej zuchwałe? Wiadomo że Lem potrafi zrobić użytek ze swego ilorazu inteligencji, podobno oszacowanego kiedyś, gdy był jeszcze uczniem, na 180. Jednak wgadywanie ludziom nieprawdy, choćby w najbardziej kunsztowny sposób, nie przystoi pisarzowi, który w dodatku aspiruje
do roli filozofa.

Odmienne stany świadomości

Lem zrobił karierę światową jako twórca literatury science-fiction. Jego książki masowo wydawano w Polsce i tłumaczono na wiele języków, ale stanowiły one raczej przygodę czytelniczą dla niewyrobionych jeszcze umysłów niż strawę dla miłośników literatury wysokiej. Płodny autor stał się rodzajem guru dla różnych głodnych duchów, zwłaszcza dla osób młodych, z wyraźnym nastawieniem antyetabliszmentowym.

Bunt czy nonkonformizm Lema był jednak pozorny. Pisarz, który „zaludniał” kosmos, pobudzając u licznych czytelników apetyt na kontakty z pozaziemską inteligencją, sam od lat wyśmiewał się z wiary w UFO, widząc w niej jedynie przemyślne działania administracji amerykańskiej, podejmowane dla odwrócenia uwagi od palących kwestii społecznych. Piewca przewagi obozu państw socjalistycznych (ze Związkiem Radzieckim na czele) nad USA, lata stanu wojennego spędził w Niemczech oraz w wygodnym, konserwatywnym Wiedniu. Ale i to nie zmieniło wektora jego wrogości wobec wiary, religii i Kościoła katolickiego. Ani nie zachwiało ugruntowanych sympatii do lewicy.

Ambicje autora „Solaris” wykraczają daleko poza etykietkę poczytnego odnowiciela, innowatora czy nawet klasyka fantastyki naukowej, Owocem specyficznego talentu Lema do przyswajania specjalistycznych prac naukowych i tłumaczenia ich rezultatów na język gawędy, chwilami wręcz rubasznej, ale dającej czytelnikom poczucie obcowania z aktualnym stanem wiedzy, stała się jego eseistyka naukoznawcza i futurologiczna. „Dialogi”, „Summa Technologiae”, „Bomba megabitowa”, „Okamgnienie”.

Prof. Jerzy Jarzębski, znawca i edytor dzieł Lema, w przedmowie do kolejnego wydania „Summy...” potwierdził zamysły autora, który niejako w opozycji do św. Tomasza z Akwinu (stąd aluzyjny tytuł książki) chciał stworzyć „ateistyczny paradygmat Kosmosu, w którym miejsce Boga zajmuje Rozum – jako siła sprawcza i zarazem niepodległa wobec biologii, zmierzająca w swej ewolucji ku własnym, niedocieczonym celom”.

Czyżby kolejna próba urzeczywistnienia gnostyckiej utopii, tym razem
w scientyczno-technologicznym przebraniu? Może dlatego autorowi „Solaris” czy „Tajemnicy chińskiego pokoju” nie wystarcza status poczytnego pisarza, choćby i z 28 milionami egzemplarzy nakładu. Jeśli ma się ambicje kreowania „odmiennych stanów świadomości”... Sam Lem ubolewa nad faktem, że tylko raz, w jakiejś encyklopedii niemieckiej nazwano go filozofem.

Błaznujący kapłan?

Niesforny chłopiec z „Wysokiego Zamku” chciałby więc, aby traktowano go poważnie. Pytanie tylko, czy jest gotów do wzajemności w tym względzie. Lem nie chce pamiętać, że negowanie istnienia Boga na poziomie refleksji teoretycznej (powiedzmy – brak łaski wiary), jest czymś innym niż ironia, drwiny lub wręcz szyderstwo serwowane bliźnim, którzy egzystencjalny dylemat istnienia Transcendencji rozstrzygają inaczej. Przez dekady Lem starał się uchodzić za osobę pozbawioną zmysłu metafizycznego, pozornie pasjonowało go tylko rozważanie czystych możliwości. Jednak gorliwość, z jaką zawsze tępił tzw. ciemnotę, czyli wszelką światopoglądową odmienność, kojarzy się z nietolerancyjną postawą właściwą raczej kultystom.

Przejawiane przez niego, niestety w coraz gorszej formie, poczucie intelektualnej wyższości, mało kogo już przejmuje. W odgrodzonej od świata PRL był, dzięki uprzywilejowanej pozycji pisarza, rodzajem Wikipedii dla młodych, głodnych niedostępnej wtedy wiedzy. Dziś z powodzeniem zastąpiły Lema dobrze zaopatrzone księgarnie oraz Internet.

Histeryczny w tonie i opatrzony prowokacyjnym tytułem wywiad z „Przeglądu” dodaje nowy rys do publicznego wizerunku pisarza. Oto dumny twórca „Golema XIV” (od Ego-Lem) czy wirtualnego ateisty Adana-300 (z opowiadania „Non serviam”) przestał argumentować. Za to wścieka się, epitetuje, obraża. A swój jadowity antyklerykalizm (por. koncept ze strzelbą-papieżówką z „Kongresu futurologicznego”), maskowany zwykle dotąd groteskową formą uprawianej prozy, łączy z jawnym już antypolonizmem.

Lem niby dystansuje się od PRL, ale wychwala prezydenturę Kwaśniewskiego. Potępia w czambuł USA i polską prawicę. Odpowiedzialność za dewastację rodzinnego Lwowa w czasach ZSRR przerzuca na administrację Juszczenki. I to wszystko na jednym oddechu... A Szubartowicz pilnie notuje.

„Głupi Bush”, „Kaczory”, „Romcio Giertych”, „Polska to cywilizacyjne zadupie” – to nie wyczyny podekscytowanego słuchacza jakiejś „pyskatej” radiostacji, lecz kolejny dowód nadzwyczajności Lema. Okazuje się, że autor „Wielkości urojonej” czy „Doskonałej Próżni” nie jest wyłącznie CZYSTYM INTELEKTEM pozbawionym sfery odczuwania. Jak wszyscy, Lem ulega emocjom, żywi namiętne uczucia. Tyle że ich ośrodek, teraz dopiero to widać, sytuuje się nietypowo. Gdzieś między wątrobą
a woreczkiem żółciowym.

„Nasza Polska” nr , z lutego 2006